Zimowy Grossglockner pod koniec wiosny

Na Grossglocknera pierwotnie planowałem jechać w czasie weekendu majowego. Jednak pechowe ułożenie kolokwiów uniemożliwiło mi przedłużenie bardzo krótkiego „długiego” weekendu a tym samym cały wyjazd. Na weekend Bożociałowy to była już zupełnie inna sprawa.

Na wyjazd jechałem z rodzicami. W końcu ja przygotowuję się kondycyjnie na wyjazd do Kirgistanu a oni na Himalaje. Z biegiem czasu chęć wyjazdu zgłaszały kolejne osoby i koniec końców z Wrocławia wyjechaliśmy w dwa samochody. Trasa krótka i dobrze znana. Jednak im dłużej jechaliśmy, tym bardziej traciliśmy nadzieję na warunki pozwalające chociażby na spacer po dolinkach. Gdy dojechaliśmy do campingu w Kals z nieba spadała prawdziwa ściana wody.

Byliśmy jedynymi gośćmi co, zważając na aurę, specjalnie nas nie dziwiło. Zadzwoniliśmy po właścicielkę, która przyjechała, otworzyła wszystkie pomieszczenia i nie wyraziła sprzeciwu przeciwko nocowaniu w sanitariatach. Wizja rozbijania namiotów w taką pogodę nie specjalnie nam się uśmiechała. Nocleg ze wszech miar komfortowy: dużo miejsca, czysto tylko jedna rzecz o której nie pomyśleliśmy – światło włączane na fotokomórkę, które rozświetlało pomieszczenie przy każdym naszym ruchu.

Ranek powitał nas słońcem, co jednak nie przeszkadzało deszczowi padać wciąż z niewiele mniejszą intensywnością. Mimo to spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Lucknerhaus gdzie zastaliśmy kolejne trzy samochody… Polaków. W międzyczasie deszcz przestał padać i w dobrych humorach zaczęliśmy dłuuugie podejście w zapadającym się śniegu. W międzyczasie jedna osoba uznała, że te warunki są nie dla niej i zawróciła. Powoli zdobywaliśmy wysokość. W Studlhutte byliśmy dużo później niż zakładaliśmy ale wciąż myśleliśmy optymistycznie o podejściu do Ehrzog Johans hutte – schroniska znajdującego się tuż pod wierzchołkiem Glocka. Marsz przez lodowiec działający przy tym słońcu jak patelnia wykruszyła kolejne 2 osoby z naszej wesołej gromadki. Pierwszy wyjazd w Alpy w sezonie więc brak aklimatyzacji plus odwodnienie sprawiły, że tata zbytnio zwolnił. A przez lodowiec nie mógł wracać sam.

Tymczasem reszta ubrała raki przypięła do uprzęży lonże i ruszyliśmy po poręczówkach na grań. Jednak szybko stalowe liny zaczęły chować się pod śniegiem. Połączyliśmy siły z resztą rodaków w celu torowania. Pogoda zdążyła się za to popsuć. Widoczność zmalała, zaczęło wiać i jakiś drobny śnieżek padać. Wszystko to spowodowało spowolnienie i tak nie za szybkiego tempa i wkrótce zaczęło robić się szarawo a potem ciemno. Ja szedłem przodem starając się znajdować kolejne kawałki niezasypanych poręczówek – jedynego znaku, że wciąż idziemy dobrze. GPS nie był pomocny bo ze względu na duże zachmurzenie położenie wahało się o jakieś 100-150 m co w przypadku poruszania się  w terenie eksponowanym jest zdecydowanie za małą dokładnością. W końcu za kolejnym załomem grani natknąłem się na schronisko. Słowo „natknąłem” jest jak najbardziej na miejscu ponieważ to, że ciemny kształt to nie skała a budynek zauważyłem dopiero z jakiś 1,5-2 m. Krzyknąłem w dół, że jest schron i poszedłem znaleźć wejście do części zimowej schroniska. Niestety nikt przed nami tu nie dotarł i wejście było kompletnie zakopane. Zacząłem kopać raz czekanem, raz kaskiem podczas kiedy reszta, która w większości się powiązała i szła z lotną dochodziła. Do bezwietrznego wnętrza schronu wszedłem po 23 po trzynastu godzinach od wyjścia. Jeszcze tylko gotowanie i o 2 w nocy poszliśmy spać.

Rano pogoda była wciąż stabilna, czyli nie było widać nic. W międzyczasie z nartami na plecach do schroniska przyszedł Francuz. Zastał wszystkich leżących głęboko w ciepłych śpiworach lub wykonujących niespieszne czynności wokół śniadania. W pewnym momencie Francuz wraca z zewnątrz krzycząc wesoło „blue sky! blue sky!”. Nie wierząc w taki cud sami wyszliśmy na zewnątrz i pod nami ukazała się panorama całych Alp Austriackich. Szybkie pakowanie i ruszamy na atak szczytowy.

Już na górze stromego żlebu wyprowadzającego na grań zrobił się pierwszy korek. Ekipa Polaków przed nami się wycofywała, jacyś Austriacy wyprzedzali a my chcieliśmy iść do góry. W końcu jednak ruszyliśmy. W miękkim śniegu(wyszliśmy o 11), asekurując się z tych tyczek które wystawały nad śnieg zdobywaliśmy wysokość. Jeszcze tylko powietrzna grań i jesteśmy na wierzchołku Klein Grossglocknera. I tu pojawiają się wątpliwości: dla większości naszego zespołu takie góry, zwłaszcza w zimowych warunkach to nowość, rozmiękły śnieg osypuje się ze wszystkiego a do tego na naszych oczach Francuz solo schodzi z wierzchołka głównego mikstowym terenem, który nie wygląda stabilnie. Zdecydowałem, że nie podejmuje próby prowadzenia tego kawałka ze względu na warunki jak i pojawiające się wątpliwości w reszcie zespołu. No i oczywiście(co tu dużo ukrywać) dlatego, że sam w takich górach dużego doświadczenia nie mam. Zawróciliśmy i spokojnie wróciliśmy do schroniska, skąd po spakowaniu całego bagażu ruszyliśmy do samochodów. Zejście szło sprawniej niż podejście ale kopnego śniegu się nie przeskoczy: na parkingu, gdzie czekała reszta grupy, byliśmy już po zmroku.

Następnego dnia spaliśmy do oporu. Pojechaliśmy do miasteczka gdzie po pewnych poszukiwaniach kupiliśmy mapę. Zdecydowaliśmy się wejść ferratą na Blauspitz. W sklepie sportowym dowiedzieliśmy się, że podejście możemy sobie skrócić podjeżdżając samochodem do pośredniej stacji wyciągu. Nie powiedział tylko, że podjazd jest po wąskiej, dziurawej, szutrowej drodze. Ze zgrzytem podwozia udało nam się jednak podjechać. Po posmarowaniu dużą ilością kremu nasze poparzone słońcem twarze ruszyliśmy. Na ferratę nie trafiliśmy ale za to przeszliśmy się pięknym, widokowym szlakiem, który na około wchodził na Blauspitz. Był to piękny 6 godzinny spacer. Jeszcze tylko powrót do kraju.

Wyjazd bardzo udany. Pogoda umożliwiła nam działalność górską, złapaliśmy trochę aklimatyzacji a przejście powietrzną granią Klein Grossglocknera to jedne z piękniejszych przejść w Alpach jakie robiłem. Szczytu nie zdobyliśmy ale Austria to nie drugi koniec świata i na pewno tam jeszcze wrócę.

Wpis został opublikowany w Góry i otagowany , . Zakładka: permalink.