Z wizytą u jego wysokości Chana

Zapraszam do Galerii zdjęć z wyjazdu

Czyli podróż po Kirgistanie i próba wejścia na Chan Tengri

Decyzje i plany

Aforyzm „Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku” jest używany tak często, że stał się już trochę banalny. Przytaczam go na początku tej relacji by go trochę poprawić. Podróż zaczyna się nie od pierwszego kroku tylko od pomysłu i decyzji by pomysł zrealizować. Często jest to jeden z trudniejszych momentów całej podróży. Zazwyczaj po tej niesamowitej chwili rusza machina organizacyjna. Wizy, bilety lotnicze/kolejowe, zbieranie informacji, kompletowanie sprzętu. W większości przypadków faza planowania i organizowania przebiega bez zakłóceń tak, że czas mija szybko i już jedziemy na lotnisko.

My tego komfortu nie mieliśmy. Najpierw przez jakieś ogłoszenie w Internecie znalazłem kogoś, kto chce jechać na jeden z siedmiotysięczników Azji Centralnej – Pik Lenina. Po wymianie paru maili już kupowałem bilety lotnicze. Nie zdążyłem się jednak nawet oswoić z myślą o tym wyjeździe jak w Kirgistanie, kraju, do którego mieliśmy jechać, wybuchła rewolucja. W krwawych zamieszkach został obalony prezydent. Podczas gdy nie było wiadomo jak sytuacja się rozwinie my zastanawialiśmy się czy nadal chcemy tam jechać. Na szczęście sytuacja poprawiła się zaskakująco szybko. Trzy tygodnie po wybuchu rewolucji my wróciliśmy do załatwiania permitów, sprawdzania sprzętu i czytania dziesiątek relacji z wejść na tą górę.

Gdyby na tym się skończyło, nawet bym o tym nie wspomniał. Ale na jakieś półtora miesiąca przed wylotem, na południu Kirgizji (czyli dokładnie tam gdzie chcieliśmy jechać) znów wybuchły zamieszki. Tym razem między Kirgizami a mniejszością Uzbecką. O wiele brutalniejsze od poprzednich i przez moment grożące interwencją zbrojną Uzbekistanu i, co gorsza, Rosji. Wymusiło to na nas zmianę planów. Na południu szybko się uspokoiło, ale nastroje były wciąż napięte. Nie chcieliśmy się znaleźć w oku cyklonu. W związku z tym zdecydowaliśmy się zmienić nasz cel. Zamiast na Pik Lenia leżący w Pamirze mieliśmy spróbować wejść na Chan Tengri – też siedmiotysięcznik, też w Kirgistanie, ale leżący w Tien-Szan czyli tak daleko od epicentrum ostatnich wydarzeń jak to tylko możliwe. Góra jest piękna, ale o wiele trudniejsza od Lenina a na dodatek leżąca w o wiele zimniejszych górach. Dodatkowym problemem(i wydatkiem oczywiście) było załatwienie helikoptera do obozu bazowego.

Moskwa

Wszystko się udało. Nic więcej nie wydarzyło się w Kirgistanie, udało nam się wszystko załatwić. Lecieliśmy przez Moskwę z tym, że Leszek transferem przez Szeremietiewo a ja spędzając cały dzień w Moskwie. Jeden pociąg, dwa samoloty, kolejkę miejską i metro od wyjścia z domu błąkałem się po jakimś moskiewskim blokowisku w środku nocy szukając mieszkania mojego hosta. W końcu znalazłem i po chwili już piłem herbatę rozmawiając z przesympatyczną parą studentów. Następnego dnia pracowali więc bym mógł swobodnie wrócić do mieszkania wcześniej dali mi… klucze. Byłem w szoku – rozmawialiśmy ze sobą niecałą godzinę a już dawali mi klucze do domu. Następny dzień to Moskwa. Odbiłem sobie stopy chodząc po całym centrum miasta by zobaczyć jak najwięcej się da. Stolica Rosji nie powala. Parę zabytków upchniętych w ogromnym, średnio-ładnym mieście. Trzeba to zobaczyć, ale żebym koniecznie chciał jeszcze tam pojechać to nie powiem. Wieczorem poczekałem aż moi gospodarze wrócą, pożegnałem się i pojechałem na lotnisko, bo rano miałem samolot do Biszkeku. Było to jedno z pierwszych moich couchsurfingowych doświadczeń. Naładowało mnie ono masą pozytywnej energii i wiary w ludzi na całą resztę wyjazdu.

Spartak

Na lotnisku spotkałem się z Leszkiem i Marysią, która też jechała na Chana, ale od strony południowej a do nas dołączyła się na czas dojazdu w góry. Lot do Biszkeku, kupno wizy, taksówka. Spaliśmy w hotelu „Spartak” mieszczącym się w trybunach miejskiego stadionu. Tam czekała już Kristina – Rosjanka mieszkająca w Ameryce, z którą Marysia miała działać w górach. Wieczorem przepak i rano obładowani ponad 30kg plecakami ruszyliśmy w daleką drogę na dworzec autobusowy.

Przez Kirgistan

Nasza wesoła czwórka zapakowała się do marszrutki jadącej do Karakol – miasteczka na wschodzie kraju. Po godzinnym oczekiwaniu na zapełnienie się busa jedziemy. Ujechaliśmy jakieś parę metrów i stłuczka. Na ulicy dochodzi prawie do rękoczynów, ale po jakimś czasie samochód, który w nas uderzył odjeżdża a my ruszamy dalej. Jednak nie na długo.  Po jakiejś 1,5h złapaliśmy gumę. Kierowca zmienił koło ale uznał, że bez zapasu dalej nie jedzie i zadzwonił po znajomego by po nas przyjechał i zawiózł dalej. Po długim oczekiwaniu przyjechał drugi bus i już bez większych przestojów dotarliśmy do Karakol. Zameldowaliśmy się w przytulnym yurt campie. Teraz czekały nas ostatnie zakupy żywieniowe, załatwienie przejazdu przez góry do Maida Adyr. W międzyczasie dziewczyny stwierdziły, że wolą polecieć do bazy północnej niż parę dni iść do południowej.

Następnego dnia rano podjechał po nas stary, dobry UAZ. Czekało nas prawie 200km przez góry. Krajobrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Trawiaste zbocza, lasy jodłowe i wreszcie piargi i śnieg. Co jakiś czas pojawiały się jakieś jurty i stada koni lub owiec. Również co jakiś czas musieliśmy się zatrzymać by dać ostygnąć silnikowi czy przepłukać filtr paliwa. Po paru godzinach dostaliśmy się do miejscowości Inylczek. Za czasów ZSRR osada górnicza, w której żyło i pracowało 10 000 ludzi, było parę kopalni, parę zakładów przetwórczych, prowadziły do niej dobre asfaltowe drogi i miała nawet pas startowy dla małych samolotów. Teraz znajduje się tam tylko posterunek graniczny a Inylczek to prawdziwe miasto duchów – rozpadające się zakłady i puste betonowe bloki, między którymi pasą się krowy. Stąd już rzut kamieniem do Maida Adyr – bazy śmigłowca.

Nie byłaby to jednak Azja gdyby nie pojawiły się kolejne komplikacje. Piloci nie chcieli zabrać dziewczyn następnego dnia tylko jeszcze dwa dni później. Po pertraktacjach usłyszeliśmy „dobra, część rzeczy się wypakuje wsiądziecie wszyscy i zobaczymy czy poleci” .

Baza pod Chanem

Lot helikopterem był czymś niesamowitym. Najpierw ciężko uniósł się do góry, zakołysał niepokojąco i ruszył w górę doliny. Po paru minutach strachu zaczęło nas to bawić. Siedzieliśmy przy otwartym oknie i na zmianę robiliśmy zdjęcia i filmy przesuwającemu się tuż pod nami lodowcowi i górującymi nad nami szczytami. Po jakimś czasie pod nami pokazało się jezioro Merzbahera – jezioro blokujące dostęp do doliny Inylczka Północnego. Zakręt doliny i po raz pierwszy zobaczyliśmy Chan Tengri. Pierwsza moja myśl, – „jeśli to jest to, to nieźle wdepnęliśmy”. Nagle wstrząs, potem następny i stoimy na lodowcu. Lądowanie było kompletną niespodzianką. Śmigłowiec nie zawisł w powietrzu i opadł na lodowiec tylko wylądował jak samolot – pod kątem odbijając się od lodu. Okazało się, że był za ciężki by zawisnąć w miejscu na tej wysokości(4000m. n.p.m.).

Na lodowcu nie było jeszcze bazy. Razem z nami leciało wszystko by ją założyć i dwóch bazowych: Misza i Sasza. Rozładowaliśmy potężne MI-8 i helikopter odleciał. Teraz trzeba było stworzyć bazę. Najpierw trzeba było pozbierać porozrzucane przez lodowiec podesty i ustawić je na nowo, przenieść rzeczy z miejsca rozładunku, postawić namioty, maszt radiowy. Nietypowy sposób na aklimatyzację, ale chyba skuteczny. Po paru godzinach pracy zostaliśmy zaproszeni do namiotu kuchennego na przepyszny obiad ugotowany przez Saszę. Obowiązkowe parę głębszych (choć baliśmy się, jaki to będzie miało wpływ na aklimatyzację), rozmowy o wszystkim i o niczym i zmęczeni poszliśmy spać. Misza i Sasza są świetni. Misza oprócz tego, że się wspina, jest instruktorem heliskiingu i narciarzem ekstremalnym. Sasza, mimo że skromniejszy też niewielu mu ustępuje(i jest świetnym kucharzem J). Od razu się z nimi zaprzyjaźniliśmy.

Aklimatyzacja

Następnego dnia wypakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy do obozu I. Najpierw błądziliśmy wśród szczelin lodowca, który musieliśmy przekroczyć przed właściwym podejściem. Na podejściu czekało nas w wielu miejscach torowanie. Poza tym dawała się we znaki słaba aklimatyzacja. W „jedynce” byliśmy po 7h od wyjścia z bazy. Gdy doszliśmy do siebie, ułożyliśmy komfortową platformę z kamieni i rozbili jeden z naszych namiotów. Od teraz obóz I miał się stać naszą bazą wysuniętą.

Następnego dna zeszliśmy do bazy po resztę rzeczy. Sasza zaprosił nas od razu na przepyszną sałatkę, która śniła nam się po wietrznych nocach w wyższych obozach. Jeszcze tego samego dnia wróciliśmy do „jedynki”. Tym razem o wiele szybciej.

Po dniu restu ruszyliśmy dalej. Obóz 2 znajduje się 1000m wyżej od pierwszego – na wysokości 5500m. n.p.m. Oznaczało to strome podejście z paroma progami skalnymi i na dodatek po świeżych opadach śniegu. Wysokość zdobywaliśmy powoli. Poręczówki musieliśmy wydobywać spod śniegu a by noga nie zsuwała się w słabo związanym śniegu trzeba było wykopywać naprawdę głębokie stopnie. Do tego doszła wysokość i w „dwójce” byliśmy po ok10 godzinach. Nie mieliśmy sił dosłownie na nic.

Przyszedł czas na zdobycie pierwszego szczytu. Droga klasyczna od północy wspina się granią na Plecy Czapajewa(6100m. n.p.m.) skąd schodzi na przełęcz pod Chanem by osiągnąć jego wierzchołek Granią Zachodnią. W ramach „łapania wysokości” chcieliśmy wejść na Czapajewa i wrócić na noc do „dwójki”. Droga w górę to piękne widokowo podejście. Kawałek ostrej powietrznej grani, dwa progi skalne gdzie trzeba było pobawić się na przednich zębach raków asekurując się z poplątanych, różnej jakości lin poręczowych. Cały czas za plecami miało się widok na całą dolinę i Inylczek leżący 2km różnicy wzniesień niżej. Z Pleców Czapajewa otwiera się widok na drugą stronę grani. Widać cały Centralny Tien Szan. Na południu wznosi się potężny masyw Piku Pobiedy a na wschodzie – wznoszący się 1000m wyżej nasz cel, Chan Tengri. Mimo niesamowitych widoków szybko zaczynamy zjazdy w dół, bo o ile w niższych obozach było zacisznie to na górze wiało i to solidnie.

Po całodziennym przeczekiwaniu złej pogody we „dwójce” zeszliśmy na dół by odpocząć przed atakiem szczytowym.

Summit push

Najedzeni i wypoczęci opuściliśmy obóz pierwszy. Tym razem do „dwójki” doszliśmy po niecałych 4 godzinach. Czuliśmy wystarczająco dużo siły by wejść na szczyt. Niestety pogoda jest czynnikiem, którego nie da się przewidzieć. Cały następny dzień spędziliśmy w namiocie przeczekując załamanie pogody. Kolejnego dni, mimo że pogoda była niewiele lepsza zdecydowaliśmy się dojść do obozu 3 i tam czekać na poprawę. We troje(szła jeszcze z nami Marysia) weszliśmy na Czapajewa przy prawie kompletnym braku widoczności. Marysia wróciła, jak planowała do „dwójki”, a ja z Leszkiem związaliśmy się i zaczęliśmy schodzić w stronę przełęczy.  To znaczy w stronę gdzie sądziliśmy, że przełęcz powinna być, bo nie było widać nic. Nie dało się odróżnić nieba od nawisów po lewej stronie czy seraków po prawie. Parę razy zatrzymywaliśmy się i czekaliśmy aż coś się choć na chwilę pokaże. Szczęśliwie dotarliśmy na przełęcz, rozbiliśmy namiot i porządnie go okopaliśmy.

Rano następnego dnia powitał nas kompletny white out. Nie było widać dosłownie nic. Na szczęście wiatr ucichł. Zrezygnowani siedzieliśmy w małym namiociku. Popołudniu zerwał się silny wiatr. Wieczorem jednak wszystko ucichło, poprawiła się widoczność i wiedzieliśmy, że następny dzień jest nasz, że następnego dnia idziemy na szczyt.

Zaczęło się w nocy. Wiatr, który kładł namiot i przysypywał go kilogramami śniegu. O 2 w nocy dzwoni budzik i wyrywa nas czegoś na kształt snu. Namiot wciąż jest szarpany ale po uchyleniu wejścia widzimy gwiaździste niebo. Ponieważ przedsionki zniknęły całkowicie przygniecione śniegiem, ugotowanie wody było bardzo problematycznie. W końcu zjedliśmy po liofilizacje i zanurzyliśmy się z powrotem w śpiwory i czekaliśmy czy wiatr nie przycichnie. Sytuacja nie uległa zmianie. Wiedzieliśmy, że z ataku dziś nici. Pozostała decyzja czy czekamy dalej(z kończącym się jedzeniem) czy uciekamy na dół. Spór był ostry. Wszystko rozwiązało się jednak przy wychodzeniu z namiotu. Jaka by nie była decyzja, namiot odkopać trzeba było. W parę sekund, na jakie było uchylone wejście by móc wyjść do namiotu, nawiało parę wiader śniegu. Popatrzyliśmy się na siebie i powiedzieliśmy sp…dalamy!! Odkopanie namiotu i pakowanie się przy wietrze wiejącym spokojnie powyżej 100km/h i małych trąbach śnieżnych biegających po przełęczy zajęło trochę czasu. Oprócz wiatru pogoda była piękna. Widok na Pabiedę zapierał dech w piersiach. Mieliśmy też okazję zobaczyć naszą drogę zejścia z Czapajewa na przełęcz. Mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, że nie spadliśmy z nawisu lub seraka. Ubrani we wszystko, co mieliśmy zaczęliśmy wycof. Niestety by zacząć schodzić musieliśmy najpierw podejść na Czapajewa. Ostatni rzut oka na widoki i zjazdy w dół. Po paru godzinach leżeliśmy przed namiotem w „jedynce”, suszyliśmy rzeczy i cieszyliśmy się, że na tym wyjeździe już nie musimy wracać tam na górę. Tymczasem jakieś 40 osób zaczynało swoją przygodę z tą górą i w jedynce nie został nawet ślad po miłej, kameralnej atmosferze. W tym czasie zaczynało działać też parę polskich ekip. Wymieniliśmy się doświadczeniami, wspomogliśmy trochę sprzętowo i zeszliśmy do bazy.

O partnerach słów kilka

Jechanie w góry wysokie z kimś, kogo się nie zna to ryzyko. Nie wiesz jaką ten ktoś ma kondycję, co tak naprawdę umie i co najważniejsze czy nie znienawidzimy się spędzając dużo czasu w małym namiociku przeczekując niepogodę. Ja miałem dużo szczęścia. Leszek okazał się świetnym górskim kompanem o dużym doświadczeniu górskim i podobnej do mojej kondycji. W czasie pobytu w górach mieliśmy okazję zobaczyć jak przy braku szczęścia nasz wyjazd mógłby wyglądać. Marysia pojechała z Kristiną – Rosjanką, którą poznała rok temu na Pik Lenina. Ku naszemu zdziwieniu a wściekłości Marysi Kristina miała problemy nawet z założeniem raków. W zastępstwie Rosjanki Marysia ruszyła do góry z poznanym w obozie I Rosjanem – Maksimem. Skończyło się tym, że w obozie II spędziła upojną noc w ciasnym namiociku z wymiotującym Maksimem. Od tej pory poruszała się już niezależnie wchodząc na Pik Czapajewa.

Słodkie życie bazowe

W Base Campie Sasza i Misza od razu powitali nas boskim jedzeniem, za którym tak tęskniliśmy przez dwa tygodnie spędzone na górze. Następnego dnia dla zabicia czasu nasza trójka i Misza poszliśmy na koniec lodowca, pod Marmurową Ścianę. Miły parogodzinny spacer w niesamowitej scenerii. Dużo skoków przez rzeczki lodowcowe i jeszcze więcej wygłupiania. Po powrocie pyszny obiad, impreza z kazachskimi przewodnikami a potem kolejna – z ekipą programu Polski Himalaizm Zimowy.

Ostatni dzień oczekiwania na śmigłowiec to nuda. Pogoda nie zachęcała do dalszych spacerów. Wieczorem ostatnie rozmowy z rodakami i oczywiście z Miszą i Saszą. Misza się żali, że jak my wyjedziemy to nie będzie miał z kim gadać do późna. Robi się trochę nostalgicznie.

Nie taki łatwy powrót

Rano nerwowe oczekiwanie na spóźniający się helikopter. Gdy przylatuje, szybko ładujemy się do środka, żegnamy z bazowymi i Kristiną(która z tylko jej znanych powodów wciąż siedziała w bazie) i odlatujemy. Lecimy jeszcze zabrać parę osób z bazy na Inylczku południowym. Maszyna o wiele mniej załadowana z łatwością wznosi się nad chyba pięciotysięczną przełęcz. Przemykamy się nad ostrą granią i ukazuje się ogromne cielsko lodowca. Zbieg Inylczka i Zwiezdoczki to dolina o szerokości chyba ponad 10km w całości wypełniona lodem. Otwiera się też widok na drugą stronę Chana. Lądujemy i po chwili znów kierujemy się w dół, w stronę Maida Adyr. Lot śmigłowcem nie jest już ciągłym strachem jak za pierwszym razem ale świetną zabawą.

Po lądowaniu pakujemy się do ciężarówki, którą jadą Anglicy i ruszamy do Karakol. Po paru postojach i drobnych naprawach okazuje się, że utknęliśmy. Połamał się wentylator, stoimy po środku niczego na wysokości ok3000m. n.p.m., nikt nie ma telefonu satelitarnego by ściągnąć kogoś z częścią zamienną. Ja, Lechu i Marysia nie chcąc siedzieć bezczynnie, ruszamy do oddalonej o jakieś dwa kilometry jurty. Mieliśmy zamiar załatwić konie i ostatnie 80km przejechać bądź co bądź niezawodnym środkiem transportu. Okazało się jednak, że nikt z rodziny tam mieszkającej nie mówi po rosyjsku. Mimo to zaproszeni zostajemy do środka i poczęstowani kumysem i liepioszką. Próbę kontaktu próbujemy nawiązać z dziewczynką, która jakieś słowa po rosyjsku rozumie, ale z nieśmiałości co chwila uśmiecha się i chowa twarz w dłoniach. Wymieniamy więc uśmiechy i skinienia. Wypijając drugą już miseczkę kumysu próbujemy na migi załatwić konie, ale nie udaje nam się. Uprzejmie się żegnamy i odchodzimy. Było to coś dziwnego. Po raz pierwszy byłem w takiej sytuacji. Na dodatek mamy wątpliwości czy kumys nam nie zaszkodzi. Na szczęście ani tego dnia ani później nic nam nie było.

W tym czasie kierowca złapał stopa i za jakieś 7h miał być z powrotem. W środku nocy rozlokowaliśmy się w naszym znajomym Yurt Campie i nasza przygoda z Chanem ostatecznie dobiegła końca.

Kirgiz wcale nie zszedł z konia

Po dniu rozkoszowania się cywilizacją Leszek musiał jechać do Biszkeku i wracać do domu, podczas kiedy ja z Marysią wciąż mieliśmy jeszcze 10 dni w Kirgistanie do zagospodarowania. Będąc w kraju nomadów gdzie koń wciąż jest wykorzystywany do wszystkiego od transportu przez mleko po mięso naturalnym wydało nam się wynajęcie koni i pojechanie gdzieś w góry.  Nie mieliśmy ochoty na żadną zorganizowaną wycieczkę konną z przewodnikiem, kucharzem itd. Chcieliśmy po prostu wynająć konie i pojechać gdziekolwiek. Wyjechaliśmy więc marszrutką za Karakol i ruszyli w górę doliny. Wszystkich mijanych miejscowych pytaliśmy się czy nie mieliby dwóch koni do wynajęcia. W końcu udało nam się za sensowną cenę wynająć dwa konie na dwa dni. W końcu przyprowadzili koniki z wioski, przytroczyliśmy plecaki i ruszyliśmy.

Na początku Grisza i Masza – nasze konie nie chciały się za bardzo słuchać. Buntowały się przy byle okazji. Jednak z czasem przyzwyczaiły się do nas i zaczęły wykonywać polecenia. To był mój pierwszy raz na koniu, więc wszystko było nowe. Pierwszego dnia już z radosnym okrzykiem kłusowałem a drugiego galopowałem uchylając się tylko przed gałązkami drzew nachylających się nad drogą.

Na nocleg rozłożyliśmy się w przepięknym miejscu. Z uwagi na popasy i opóźnienia wynikające z obluzowujących się plecaków i średnio słuchających się koni nie dojechaliśmy daleko, ale jak zobaczyliśmy, że w jednym miejscu dolina rozszerza się, dużą część zajmuje rozlewisko strumienia, drugą łagodne łąki idealne na biwak bo konie miałyby dostęp i do wody i trawy, wiedzieliśmy, że tu zostajemy. Zdjęliśmy plecaki z koni i na lekko pojechaliśmy jeszcze kawałek dalej za próg kolejnej doliny. Miałem poczucie kompletnej wolności. Po powrocie do bagażów, na rozlewisku spotkaliśmy rybaków. Z jednym z nich spędziliśmy sporo czasu rozmawiając. Na szczęście w końcu poszedł i można było spokojnie cieszyć się ogniskiem, spokojem i górami.

Rano nieśpiesznie zwinęliśmy obóz. Jako, że pod siodłem Maszy zauważyliśmy brzydko wyglądającą ranę zdecydowaliśmy, że w dół będzie niosła wyłącznie bagaże a na Griszy będziemy na zmianę jeździć. Po południu oddaliśmy koniki i usatysfakcjonowani wróciliśmy do miasta. Mimo bolących ud i obtarć od kiepskiego siodła, ten sposób podróżowania bardzo mi się spodobał. Jadąc konno ma się poczucie, że można pojechać gdzie tylko się zechce. Nie przytłacza ciężar plecaka jak w przypadku wędrówki pieszej i można się w pełni cieszyć widokami i ruchem. Na nowo odżyły plany podróży do Mongolii. Tylko kiedy moje wszystkie plany zrealizować?!

Morze w górach

Nadszedł czas na prawdziwy wypoczynek. Postanowiliśmy spędzić parę dni nad jeziorem Issyk-Kol. Jezioro to ma wymiary 180/60km i leży na wysokości 1600m. n.p.m. Patrząc na mapę zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Kaji-Say, miejscowości na południu jeziora. Kierowca marszrutki powiedział, że to już i wysiedliśmy… na środku pustyni. Po jednej stronie mieliśmy sięgające po horyzont jezioro i schodzącą do niego piaszczystą plażę – słowem morze. Po drugiej pokryte czerwonym piaskiem wzgórza. Te dwa światy oddzielone prostą jak strzelił drogą, którą tu przyjechaliśmy. Do tego coś, od czego oczekiwaliśmy jakiejś sensownej wielkości okazało się paroma budami na krzyż, jednego opuszczonego i jednego działającego ośrodka wypoczynkowego.

Mimo istnienia infrastruktury turystycznej, zdecydowaliśmy się rozbić na dziko na plaży. Wieczorem powietrze stało się bardziej przejrzyste i nagle nad horyzontem po drugiej stronie „morza”(jezioro nawet jest lekko słonawe) pokazał się zarys pięciotysięcznych gór. To samo za nami. Tuż za piaszczystymi wzgórzami wznosiły się wyższe, co najmniej 4000 pasma. Poszliśmy z aparatami w plener cykając setki zdjęć. Gdy zrobiło się za ciemno na zdjęcia, usiedliśmy na schodach prowadzących do nikąd z przepysznym piwem. Po powrocie okazało się, że nasz namiot został okradziony, Na szczęście zniknęło tylko jedzenie na kolację i śniadanie. Następnym razem wychodząc zostawiliśmy karteczkę w stylu „już raz nas okradziono! Nie zmieniajcie naszego dobrego zdania o Kirgizach” licząc na wyrzuty sumienia potencjalnego złodzieja.

Następny dzień to pasmo niespodzianek. Rano poszliśmy do miasteczka oddalonego od jeziora o jakieś 3 km. Wszystkie sklepy i stragany dopiero się otwierały. Usiadłem więc z Marysią na murku i fotografowaliśmy życie w małym miasteczku. Znów ujawnił się mój talent do przyciągania dziwnych ludzi. Podeszła do nas trójka miejscowych pijaczków. Chcieli się z nami napić a gdy odmówiliśmy, to, chociaż się z nami sfotografować. Po zakupach wróciliśmy na naszą plażę. Podszedł do nas pewien Rosjanin i zaczął rozmowę. Okazało się, że razem z kumplem podróżują po Azji Centralnej i też nocują na plaży. Kierunek podróży nie był przypadkowy – tania marihuana, której wypalali kilka gramów dziennie będąc na mniej lub bardziej ciągłym haju. Bardzo pozytywna impreza rozkręcała się już od wczesnego popołudnia. Gdy zapadł zmrok Sasza wpadł na pomysł by postawić świeczkę na skale będącej parę metrów od brzegu. Zrobiło się klimatycznie. Spokój przerwał Uzbek prawie rozjeżdżając nasze, rozłożone na piasku karimaty. Kierowca ledwo był w stanie usiedzieć za kierownicą a jechał…, bo mu się wódka skończyłaJ. Po krótkiej rozmowie nasi rosyjscy przyjaciele dostali od niego trawę. Mistrzowie w swoim fachu. Zmęczeni całym dniem i coraz bardziej spalonymi towarzyszami poszliśmy spać.

Biszkek

Następnego dnia z jedną przesiadką dojechaliśmy do Biszkeku i zameldowaliśmy się w naszym ulubionym hoteliku „gostinica Spartak”. Spacerując wieczorem po mieście zauważyliśmy jak tętni ono życiem. W nocy w centrum bawią się prawdziwe tłumy. Część znika w licznych pubach i restauracjach, jeszcze więcej spaceruje po placach i parkach. Najciekawszym odkryciem tego dnia były zestawy do karaoke porozstawiane… w parkowej alejce. Billboard reklamujący nowo otwartą pijalnię piwa – Ceska Pivnica sprawił, że wiedzieliśmy co będziemy robić następnej nocy.

W ostatni dzień w Kirgistanie postanowiliśmy zobaczyć jeden z większych bazarów w Azji. Dordoy na obrzeżach Biszkeku rzeczywiście robi wrażenie. Labirynt kontenerów ciągnący się kilometrami. Po chwili już nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Gdy po półtorej godziny wyszliśmy na zewnątrz musieliśmy spory kawałek przejść drogą okrążającą wielki targ. Wieczorem, zgodnie z planem, pojechaliśmy napić się piwa w Ceskiej Pivnicy.

Trzy dni – trzy stolice

Następnego dnia ostatnie zakupy i lot do Moskwy. Tam ciężki czas pożegnań. Ja ustawiałem się w kolejce do odprawy paszportowej, Marysia szła na kolejny lot. Po miesiącu wspólnej podróży rozdzielenie się wydawało się co najmniej dziwne. W Moskwie znalazłem mojego hosta a konkretnie parę hostów. Spędziłem parę godzin na rozmowie z ludźmi, którzy zdaje się, wiedzieli wszystko na temat podróży i pokrewnych couchsurfingowi projektach. Następnego dnia miałem czas do 16, o której odjeżdżał mój pociąg do Kijowa. Spotkałem się więc ze znajomą, która akurat w tym czasie była w Moskwie. Świat jest naprawdę mały.

Trzeci dzień i trzecia stolica – Kijów. Pociąg przyjechał punktualnie o 5:30. Pojechałem do centrum i przy wschodzącym słońcu zjadłem śniadanko w amfiteatrze z koło Majdanu Niepodległości. Cały dzień spacerowałem po mieście, które przez 7 lat trochę zapomniałem. Pociąg do Lwowa miałem dopiero o 22, nie musiałem się więc spieszyć.

Powrót z Kijowa to już autopilot. Lwów, marszrutka na granicę, ominięcie kolejki mrówek narażając się na liczne obelgi bus do Przemyśla, pociąg do domu i już moja kolejna wielka przygoda dobiegła końca

Podsumowanie

Podczas tego wyjazdu po raz pierwszy zetknąłem się z problemami organizacyjnymi poważniejszych wypraw, po raz pierwszy zmierzyłem się z tak wysoką i trudna górą. Na szczyt nie wszedłem, ale na własnej skórze przekonałem się co potrafią góry wysokie. Pierwszy raz jeździłem konno. Podróżowałem po interesującym kraju, w którym, w odróżnieniu od Indii czułem się w pełni komfortowo. Poznałem super ludzi, z którymi nie raz pewnie gdzieś pojadę. Na dobre wkręciłem się w couchsurfing i jeszcze bardziej podbudowałem swoją wiarę w ludzi. Podróż była niesamowita. Podczas niej zrodziła się masa nowych pomysłów i zaplanowanie kolejnych wakacji będzie jeszcze trudniejsze.

Wyjazd odbył się dzięki wsparciu firmy WAGO ELWAG z Wrocławia

Wpis został opublikowany w Góry, Podróże i otagowany , , , , , , . Zakładka: permalink.