Wielkanocna Frankenjura

Możliwość łatwego połączenia wolnego na święta wielkanocne i długiego weekendu majowego w tym roku umożliwiła naprawdę długi wyjazd na dobre otwierający sezon wspinaczkowy. Ze względu na cięcie kosztów i plany większości znajomych wybór padł na Frankenjurę. Opis całego wyjazdu dzień po dniu zająłby naprawdę dużo miejsca, ograniczę się więc do paru migawek.

Tak blisko – tak daleko

Wyjazdy wspinaczkowe mają to do siebie, że przyciągają różnego rodzaju problemy. Pierwszy pojawił się już w drodze. Wyjechaliśmy w Wielki Czwartek wieczorem. Z trudem zapakowaliśmy się do Bartkowego Golfa we czworo ze wszystkimi bagażami. Gdy jednak to się udało szło nam już bardzo sprawnie aż do Drezna. Na autostradzie wystrzeliła nam opona. Jest to wyrażenie trafnie opisujące to co się stało. Nie było to powolne uchodzenie powietrza z koła tylko w ułamku sekundy jechaliśmy na feldze.

O ile pakowanie się we Wrocławiu zajęło nam niecałą godzinę to teraz na rozpakowanie samochodu zmiana koła i ponowne spakowanie potrzeba nam było 15 min. Problemu by nie było gdyby  nie to, że w zapasie mieliśmy tylko dojazdówkę i to w dodatku nie do końca napompowaną. Dotoczyliśmy się do najbliższej stacji napompowaliśmy ją i ruszyliśmy dalej z maksymalną dopuszczalną dla tego koła prędkością – 80 km/h. Jazda w tym tempie męczyła wszystkich a przede wszystkim kierowców. Co chwila cała czwórka była wyrywana ze snu przez najeżdżanie na „tarkę” na linii pobocza. Nawet częste zmiany nie pomagały.

Rano byliśmy jednak na miejscu – trip się zaczął. Nowe koło szczęśliwie dotarło do nas przed końcem wyjazdu i powrót był możliwy z normalną prędkością.

Świeże bułeczki

Jedną z kolejnych nocy spędziliśmy biwakując pod przewieszoną skałą. Rano powoli zaczynaliśmy dzień, kawa się robiła kiedy na leśnej drodze pojawiła się terenówka leśnictwa. Biwakowanie nie jest tu do końca legalnie więc kiedy zwolniła przy nas wszyscy zamarli. Samochód jednak przyspieszył i pojechał. Za niedługo jednak terenówka wracała i tym razem nie tylko zwolniła ale i zatrzymała się przy nas. Spodziewaliśmy się problemów. Leśniczy(chyba?) podszedł do nas, zapytał czy mówimy po angielsku po czym dał nam papierową torbę ze słowami: „słońce świeci, lato się zaczyna – macie!” po czym odszedł. Torba była pełna świeżych bułeczek. : )

Piękne wspinanie

Początki były trudne. Nie byłem w stanie zrobić najłatwiejszych dróg, nie rozumiałem wspinania po dziurkach. Na szczęście mieliśmy dużo czasu by się przyzwyczaić. Po paru dniach wspinało mi się już o wiele lepiej by w końcu podnieść życiówkę do poziomu 8(VI.3). Wspinanie w tej skale zaczęło mi sprawiać dużo przyjemności. Do tego duże przewieszenie większości sektorów umożliwiało wspin nawet w silnym deszczu jakich podczas tripa nie brakowało. Dwa tygodnie spędzone w lasach południowych Niemiec w pełni przekonały mnie do tego rejonu a że jest blisko to pewnie będę tam dość często.

Wpis został opublikowany w Wspinaczka i otagowany , , . Zakładka: permalink.