W końcu!

To już piąty raz gdy w połowie września przyjeżdżam do Szklarskiej Poręby by wziąć udział w Przejściu Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Jak do tej pory mimo najszczerszych chęci nie udało mi się zmobilizować do startu w jakimkolwiek innym ultra maratonie. Jednak do wzięcia udziału w przejściu nikt mnie nie musi przekonywać. Po tym jak pierwszy raz ukończyłem 145km trasę w głowie zaświtała mi myśl, że na pewno mogę to zrobić szybciej. Kolejne starty były więc zmaganiami z własnym rekordem, kontuzjami i wciąż odległą barierą 30h, którą bardzo chciałem złamać.

Dobry start

W tym roku znów odchudziłem o jakieś 0,5kg plecak i postanowiłem ruszyć mocno i zobaczyć ile wytrzymam dobre tempo. Tak też się stało. Szybko duża część stawki została za plecami. Tuż za Śnieżnymi Kotłami zrównałem się tempem z Grześkiem i dalej ruszyliśmy razem. Na Okraju zameldowaliśmy się po 6h10min. Przyszła pora na Rudawy Janowickie. Tu dla mnie wyznacznikiem mojego tempa jest od zawsze miejsce gdzie mogę już  wyłączyć czołówkę. O ile za pierwszym razem było to jeszcze przed podejściem na Skalnik to teraz robimy to za zamkiem Bolczów. W Janowicach Wielkich jesteśmy o 6:00, 10h po starcie. I tu pojawia się pierwsza wątpliwość: wiemy, że punkt żywieniowy nie będzie jeszcze czynny a sklepy są jeszcze pozamykane. Na szczęście zauważamy przejściowiczów kręcących się koło sklepiku będącego kawałek w bok od trasy przejścia i BINGO – sklep czynny. Uzupełniamy zapasy i ruszamy dalej. Góry Kaczawskie mijają bez przygód. Wciąż dobry czas, hot-dogi na Lotosie i początki zmęczenia. Mamy założenia  by jak najwięcej przejść za jasnego. Na polach za Wojcieszycami moje tempo gwałtownie spada. Po prostu mega kryzys motywacji. Zaczynam godzić się z czasem w okolicach 31-32h. Grzesiek natomiast jakby skrzydeł dostał. Wyrwał do przodu. Na punkcie kontrolnym na Zimnej Przełęczy dowiaduję się, że poleciał dalej. Dobrze bo gdyby zaczekał to ode mnie usłyszałby by szedł dalej i się mną nie przejmował. Zamieniam parę słów z Remikiem(znajomym z poprzednich startów, który ze względu na kontuzję w tym roku w Przejściu brał udział tylko lub aż jako Org) i ruszam dalej. Ku mojemu zdziwieniu Bobrowe skały mijam wciąż za jasnego. Schodzę do Górzyńca gdzie czeka na mnie herbata i ciastka na dodatkowym punkcie żywieniowym wystawionym przez gminę Piechowice. Ostatnie długie podejście przede mną. Na Zakręcie Śmierci o 20:00, równo 24h po starcie, 6h do upragnionych 30h i tylko góry Izerskie do pokonania. To dodało mi skrzydeł. Mimo że jestem bardzo śpiący znowu jestem w stanie utrzymywać poprzednie tempo. Dookoła słychać tylko jelenie na rykowisku.

Finisz

Na przełęczy Jakuszyckiej jestem o 23:30. By osiągnąć upragniony czas muszę zdążyć przejść Przedział w mniej niż 2,5h. Staram się jak mogę i nie przejmuję się wszechobecnym błotem i mokrymi butami. Niestety kiepska ścieżka mnie spowalnia i wiem, że będę musiał sporo nadrobić podczas zejścia. Dawny tor saneczkowy często uniemożliwiał jednak zbieganie licznymi śliskimi kamieniami. Zbiegać zaczynam więc dopiero od Kamieńczyka. Pod sam koniec patrzę na zegarek i jest 1:20. Oddycham z ulgą i ostatni kilometr przechodzę już normalnie. Na mecie jestem o 1:31 po 29h31min od startu. Udało się!

Podsumowanie

Przede wszystkim chcę podziękować organizatorom za jak zwykle wspaniałą imprezę. Dzięki też dla Grześka dzięki któremu prawie cała trasa minęła mi bardzo miło i byłem w stanie utrzymać dobre tempo. Złamałem 30h. Nie trenuję biegów długodystansowych i jestem świadomy, że dużo lepszego wyniku bez treningu raczej nie osiągnę. Mimo to jeśli za rok we wrześniu będę na miejscu pewnie znów spróbuję swoich sił na mojej ulubionej trasie.

Wpis został opublikowany w blog, Góry i otagowany , , , . Zakładka: permalink.

Komentarze

  1. Kazimierz Buchman pisze:

    Serdecznie gratuluję !! Jesteś dzielny.