Tatry – styczeń 2013

Po obronieniu pracy inżynierskiej postanowiłem z Żakiem pojechać na tydzień na zimowy wspin w Tatry. Prognozy były kiepskie ale co tam. Gdy dojechaliśmy do Zakopanego śnieg przeszedł w deszcz. Po podejściu do Betlejemki byliśmy więc cali mokrzy. Wieczorem sprawdzamy prognozę pogody i stwierdzamy, że na nic większego nie ma co iść. Nasz wybór padł na drogę Klisia na buli Kotła Kościelcowego. W związku z tym nie musieliśmy wstawać wcześnie. Podejście zaczyna się szybko ale od stawu trzeba było iść w głębokim śniegu. Szybkie oszpejenie i idziemy. Niestety warunki w ścianie były trudne. Dwa pierwsze wyciągi były żmudnym przekopywaniem się przez śnieg. Trzeci i najtrudniejszy wyciąg przypadł Żakowi. Warunki jednak się nie poprawiły i by móc się wspinać musiał odśnieżyć spory kawałek ściany. Dla mnie i kolejnego zespołu wyciąg ten był już ładnym drytoolowym wspinaniem :) .

Kolejnego dnia robimy sobie rest bo wciąż czujemy zmęczenie po podejściu z ciężkimi worami a pogoda wciąż nie rozpieszczała. W ramach odpoczynku idziemy przetorować podejście pod filar Świnicy, który chcieliśmy zaatakować następnego dnia. Z zadowoleniem zauważyliśmy, że tego dnia ktoś na tą drogę szedł i musieliśmy tylko nieznacznie poprawić przysypany zawiany ślad. Wieczorem przygotowujemy się do nocnego wyjścia i idziemy spać.

Zapraszam do obejrzenia materiału który nakręciliśmy podczas wspinaczki na filar:

Wyjście o 4:30. Mimo, że śnieg zasypał ślady, bez problemu docieramy pod ścianę. Wyciągamy szpej i ruszamy jeszcze w szarówce. Jak wstało słońce pod nami pokazało się morze chmur. Tempo w jakim pokonywaliśmy kolejne wyciągi pozytywnie nas zaskoczyło. Po jakimś czasie oddaje prowadzenie Żakowi. Tu warunki znacząco się pogorszyły. Śnieg w większości był niezwiązany i zrobienie tego wyciągu zajęło mu jakieś 1,5h. Kolejny też należy do niego i mimo braku trudności warunki sprawiły, że był to bardzo psychiczny odcinek. Przyszła kolej na mnie. Wg. schematu czekał mnie wyciąg za III+ a potem płyty za III. Po podejściu po bardzo niestabilnym śniegu czeka mnie stresujący trawers.  Nie mając żadnego przelotu, dalszych stopni ani miejsca by zahaczyć dziabę spędzam w tym miejscu dobre pół godziny czego efektem jest znalezienie kępki trawy w którą udało mi się do połowy wbić śrubę trawkową. Dało mi to na tyle dużo odwagi, że ruszam dalej. Po ściągnięciu rękawiczek wymacałem klamę w pobliskiej rysie. Wykorzystując ją robię parę kroków i mogę w końcu założyć porządny przelot. Dalsza część trawersu w porównaniu jest już łatwa. Zadowolony z siebie ruszam przez płyty zostawiając przelot gdzieś w dole. Płyty okazują się być prawdziwym koszmarem. Skała pokryta jest warstwą lodu, szreni a następnie śniegu. Nie ma możliwości wspinać się w śniegu bo za słabo trzyma się skały a by wspinać się po skale trzeba ją choć trochę odśnieżyć i ostukać z lodu który także nie daje oparcia. Przez przypadek znalazłem ładną ryskę i zatarłem w niej pancerną kostkę. Pewnie by mi to wystarczyło do końca wyciągu ale przegięcia liny tak utrudniały wspinaczkę, że parę metrów wyżej jak zauważyłem rysę by wbić haka, zrobiłem to z radością. Po chwili byłem już na stanie. Wyciąg ten zajął mi ok. 2h. Szczęśliwie Żaku na drugim końcu liny jakoś nie zamarzł.

Tu mała przerwa na herbatę i jedzenie. Oddaję prowadzenie Żakowi. Prowadzi pół wyciągu pod kominek wyjściowy. Dochodzę do niego i prawie od razu Żaku napiera do góry(upewniwszy się wcześniej czy może nie chcę tego poprowadzić). Teraz z kolei on wystawia na próbę moją odporność na zimno bo wspina się bardzo powoli spuszczając na dodatek masę pyłówek. W końcu zakłada stan i mnie ściąga. Do jakości tego stanowiska nie jestem przekonany więc ostatni wyciąg do szczytu prowadzę bardzo ostrożnie. Ściągam Żaka do siebie i o godzinie 17:00 jesteśmy na szczycie Świnicy. Schodzimy na Świnicką Przełęcz skąd już szlakiem przez Kasprowy wracamy do Betlejemki. Jesteśmy tam o godzinie 20:30 czyli równo 16h od wyjścia i zmęczeni tak jak dawno nie byliśmy.

 

Wpis został opublikowany w Góry, Wspinaczka i otagowany , , , . Zakładka: permalink.