Sperlonga

Pierwszy dzień świąt, wieczór. Po dokładnym wypełnieniu naszych żołądków, równie dokładnie wypełniamy wszelkie przestrzenie bagażowe Forda Focusa i ruszamy. Drogi puste, pogoda dobra kilometry szybko uciekają. Odbiliśmy na autostradę na Regensburg i zaczęliśmy rozglądać się za stacją benzynową. Pierwszą minęliśmy bo na znaku zjazdu nie było żadnej informacji. Kolejną podobnie. Zaczęliśmy się trochę niepokoić. Co prawda komputer pokładowy dawał nadzieje na pomyślne dojechanie do jakiejś stacji ale samochód był innego zdania. Silnik zaczął przerywać. Na szczęście udało nam się stoczyć z autostrady. Powstało jednak pytanie: co teraz? Byliśmy w jakiejś małej wiosce w środku nocy, pierwszego dnia świąt.

Jednak kierowca zatrzymanego samochodu powiedział, że stacja jest w wiosce obok. Szybkim krokiem ruszyłem więc zgodnie z nie o końca zrozumianymi wskazówkami. Nie było to trudne bo droga była jedna. Kiedy doszedłem do skrzyżowania pojawiły się wątpliwości. Na szczęście dojeżdżał do niego jakiś samochód(po co ludzie jeździli o tej godzinie nie wiem  ). Tym razem nie dość, że dostałem wskazówki to zgodzili się mnie podwieźć. Nie mieli wprawdzie miejsca ale, że był to suw, to wskoczyłem do bagażnika. Pierwsze próby rozmowy po niemiecku skończyły się szybko z powodu mojej słabej znajomości tego pięknego języka. Atmosfera rozładowuje się nieoczekiwanym pytaniem jednego z pasażerów “a gawarisz po ruski?”. Na stacji kupuję kanister i ruszam z powrotem. Zapytany o drogę kierowca zgadza się mnie zawieźć do samochodu. Co lepsze, on też okazuje się mówić po rosyjsku. Nigdy nie przypuszczałem, że ten język przyda mi się w takich okolicznościach. Ruszyliśmy dalej i rano po dłuuuugiej nocy zjechaliśmy z autostrady i krętą drogą dojechaliśmy na miejsce.

Znieśliśmy bagaże na dół po 277 schodkach, które niejednokrotnie przeklinaliśmy w ciągu następnych paru dni. Nasze namioty dołączyły do wielu innych rozbitych na plaży, zgodnie z internetowymi relacjami, pełnej wspinaczy z… Polski. Grota zrobiła(przynajmniej na mnie) całkiem niezłe wrażenie. Wieczorem wycieczka po wino i przeczekiwanie deszczu w samochodzie.

Następne dni to wspin w pogodzie zmiennej(na szczęście nie przeszkadzającej wewnątrz groty). Był to dla mnie pierwszy raz w skałach innych niż Sokoliki więc formacje skalne cały czas mnie zaskakiwały. Nie będę się rozwodził na temat kto, jakie drogi i kiedy zrobił. W Sylwestra wypiliśmy jak zwykle winko. Kiedy zaczęło padać przenieśliśmy się razem z częścią rodaków do groty gdzie doczekaliśmy północy. Szczerze mówiąc, ledwie doczekaliśmy północy bo każdy chciał już kłaść się spać. Nie wiem czy to zmęczenie po wspinie, chęć wypoczęcia przed dniem następnym czy wino(ale tego ostatniego znowu tyle nie było).

Następnego dnia wieczorem wróciliśmy do domu. Każdy wyjazd trzeba jakoś podsumować. Sukcesem sportowym dla mnie nie był. Mimo dużego progresu wciąż braki w wytrzymałości dają się we znaki. Ogólne wrażenie pozostaje mimo wszystko bardzo pozytywne. Był to miły odpoczynek a wspinaczka nawet na łatwiejszych drogach dała mi dużo przyjemności. Niedociągnięcia, które zauważyłem stały się natomiast dobrą motywacją do intensywniejszego treningu wspinaczkowego. Wyniki treningu dopiero na wiosnę bo wyjazdu na południe tej zimy nie planuję.

 

Wpis został opublikowany w Wspinaczka i otagowany , , , . Zakładka: permalink.