Skiturowe przejście Karkonoszy 2009

Pomysł, jak wiele genialnych pomysłów w historii świata, narodził się podczas miłej rozmowy przy piwie. Na zeszłorocznym obozie Marek stwierdził, że po pierwsze trzeba się spotkać jeszcze w tym samym składzie, a po drugie, czemu by nie zjeździć na skiturach całych Karkonoszy. Ku mojemu zdziwieniu udało się. Po prawie roku kontaktu jedynie mailowego 25 stycznia zeszłoroczna grupa uszczuplona tylko o jedną osobę stawia się w Samotni.

Plan był taki, że zjedziemy do Karpacza, pojedziemy busem do Szklarskiej Poręby i chodząc od schroniska do schroniska trasę zakończymy w Samotni.

Zjazd na dół był samą przyjemnością. Dopiero jak dojechaliśmy do Szklarskiej, przypomnieliśmy sobie, że to podchodzenie stanowi podstawę skitouringu. Podejście na Szrenicę dłużyło nam się strasznie zarówno na stromych odcinkach jak i na „wypłaszczeniach”, które jakoś dziwnie nie przez wszystkich zostały uznane za wypłaszczenia. Motyw wypłaszczającego się terenu towarzyszył nam już do końca jako określenie dla niemal każdego każdego… podejścia :) . Jeszcze tylko knedliki po czeskiej stronie i zjazd po ciemku do schroniska pod Łabskim Szczytem

Kolejnego dnia trasa na lekko. Wychodzimy ze schroniska i widzimy piękne słońce i chmury w dolinach. Stwierdzamy, że na tak krótkie podejście nie opłaca nam się foczyć więc idziemy z nartami na plecach. Przy Czeskiej Budce dłuższy odpoczynek. Słońce grzało chyba mocno bo ja, Bartek i Filip postanowiliśmy się potarzać w śniegu. Choć i tak hitem tego postoju byłem ja(ach ta skromność) tańczący na… tyczce. Po postoju zjeżdżamy w dół na czeską stronę. Anie decydują się odłączyć i spędzić dzień w Labskiej i Voseckiej Boudzie. Reszta kieruje się w stronę Kotela – celu dzisiejszej tury. Skręcamy ze szlaku kierując się na wierzchołek kiedy podbiega do nas czeski strażnik parku krzycząc byśmy wracali na drogę. Nie wiem czy to Robert w barwach GOPRu czy wymówka, że jesteśmy studentami geologii i kocioł chcemy zobaczyć spowodowało, że nie dostaliśmy pokuty ale stawiam na to pierwsze :) . Idziemy na piwo do pobliskiej boudy. Planowo mieliśmy tam zjeść obiad ale bouda czynna tylko do 14 (sic!). Wracamy do schroniska, zostawiamy i tak lekkie plecaki i wychodzimy do góry by sobie jeszcze raz zjechać.

Kolejny dzień to krótkie przejście do Martinovej Boudy. Niestety Marek, który wczoraj się rozchorował musi zostać w schronisku. Planuje się wykurować i dołączyć do nas w kolejnych dniach. Niestety choroba okazała się silniejsza i zdecydował się wracać do domu. My tymczasem w silnym wietrze i słabej widoczności kierujemy się na Śnieżne Kotły. Kiedy dochodzimy widoczność się poprawia więc urządzamy obowiązkową sesję zdjęciową. Potem szybki trawers Wielkiego Szyszaka i ładny choć krótki zjazd do schroniska. Zgodnie już chyba z tradycją jemy obiadek, pakujemy jakąś herbatę i idziemy na małą przebieżkę. Podchodzimy na grań, potem kawałek „po płaskim” nad Kocioł Czarny Jagniątkowski. Wybuchamy śmiechem jak Robert mówi nam, że chciał z nami tędy zjechać. Może przy dobrej widoczności nie jest to takie straszne ale teraz widzimy kawałek nawisu i białość pod spodem. Z ulgą przyjmujemy decyzję, że to nie pogoda na takie zjazdy. Wracamy i zjeżdżamy ładnym stokiem do Martinovki.

Pogoda stabilna czyli nadal nic nie widać. Zjeżdżamy więc parę km do drogi pomiędzy Szpindlerowym Mlynem a przeł. Karkonoską gdzie łapiemy autobus. Zawsze to trochę mniej czasu na silnym wietrze. Na przełęczy robimy sobie krótki postój w Odrodzeniu by sobie herbatę do termosów zrobić. Ruszamy szlakiem w stronę Lucni Boudy. Wieje i jest zimno ale podejście jako tako nas rozgrzewa. W pewnym momencie chmury rozwiewają się, zaczyna świecić słońce. Aparaty idą w ruch ale po chwili chmury przychodzą znowu. Tak ma być już do końca dnia. W Lucni obowiązkowo obiadek zanim ruszymy na fakultatywną wycieczkę. Celem są Kozie Grzbiety – jedyna grań w Karkonoszach. Raz przy lepszej, raz przy gorszej widoczności dochodzimy na miejsce. Jak łatwo się domyślić jesteśmy tam akurat w momencie tej złej :) . Obiecujemy sobie, że wrócimy tu kiedyś w pełnym słońcu i kierujemy się w stronę Lucni Hory. Podchodzimy w chmurach gdy nagle ktoś krzyczy byśmy się odwrócili. Chmury się rozwiały na chwilę i widać góry przez, które przewalają się masy chmur, niebieskie niebo nad nami i słońce zachodzące jak na kiczowatych pocztówkach. Korzystając z kolejnych przerw w zachmurzeniu robimy sobie całą masę zdjęć w nieziemskiej scenerii. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca zdejmujemy foki i zjeżdżamy na dół do schroniska. Zjazd łagodny, śnieg ładny ale kompletny brak widoczności daje poczucie oderwania od rzeczywistości.

To już niestety mój ostatni dzień. Wyruszamy w stronę Vyrovki. Zbaczamy trochę ze szlaku by zaliczyć ładny zjazd. Jak to po zjeździe, trzeba było podejść. Po drodze długi odpoczynek w Vyrovce. Na przełęczy zdecydowaliśmy się mimo kiepskiej pogody wejść na Studnici Hore i stamtąd zjechać do Lucni. Znowu nierealne uczucie zjazdu w kompletnej bieli i już otrzepujemy się w przedsionku schroniska. Tutaj z żalem żegnam się ze wszystkimi, zakładam foki i kieruję się w stronę Karpacza.

Wieczory zasługują na osobny akapit. Okazji przez ten rok nazbierało się wiele(ślub, rozwód, skończenie studiów, urodziny sztuk dwie które wypadły na wyjeździe) miał więc kto stawiać i było czyje zdrowie pić. Rozmowy czasem były inteligentne(może ze dwa razy się zdarzyło) czasem mniej ale zawsze przyjemne. Dowcipy rzadko kiedy opuszczały piwnicę ale za to wszyscy dobrze się bawili. Hitem były oczywiście knedliki, którymi zażeraliśmy się do oporu. Potwierdziła się stara ludowa mądrość(a może i nie ludowa ale w każdym razie mądrość),że w górach najlepsze są chwile odpoczynku.

Wyjazd jeden z lepszych w ostatnim czasie. Ciekawe co wymyślimy za rok. :) :)

 


Wpis został opublikowany w Narty i otagowany , , , , , . Zakładka: permalink.