Karpaty marmaroskie

O Rumunii jako kraju nie wiedziałem prawie nic oprócz tego gdzie się znajduje. O górach, które się tam znajdują wiedziałem, że są i że są na prawdę piękne. Na początku wakacji postanowiłem, że trzeba w końcu tam pojechać. Przeglądałem różne ogłoszenia w internecie w poszukiwaniu takiego wyjazdu, o którym myślałem. W końcu wybór padł na SKPB Warszawa i wyjazd w Marmarosy – góry na granicy Ukraińsko- Rumuńskiej.Dworzec autobusowy Warszawa-Stadion. Zaczyna się nasz wyjazd. Pakujemy się do autobusu do Kołomyi. Jak zwykle wątpliwości co do tego, jacy będą moi towarzysze podróży zostają szybko rozwiane. Znalazłem się w grupie kapitalnych ludzi i już na wstępie wiedziałem, że bez względu na to jakie będą to góry, jaka będzie pogoda i co się wydarzy, wyjazd i tak będę mógł nazwać udanym.

W wyjazdach na wschód już sama podróż jest atrakcją. W środku nocy dojeżdżamy na granicę polsko-ukraińską. Wypełnienie tzw. kartoczek to zazwyczaj tylko formalność. Tym razem trafiliśmy jednak na służbistę. Sprawę pogarszało to, że jechaliśmy tranzytem. Prawie każdy musiał 3 razy wypełniać wszystko od nowa by słowa „tranzyt” „Rumunia” i nazwa przejścia granicznego ułożyły się w jedynej słusznej kolejności. Kolejne etapy szły nawet gładko. Szybka przesiadka na kolejny autobus a potem na bus który nie dość że dowiózł nas na granicę to jeszcze zawiózł dokładnie tam gdzie chcieliśmy za nawet znośną cenę. Po drodze zwiedziliśmy dwa warowne klasztory. Ładne, w dobrym stanie, w ładnym miejscu. Niewątpliwie warte zobaczenia. Mnie mimo wszystko jakoś nie powaliły. Brak w nich tego klimatu. W końcu Viseu de Sus. Wysiadamy i myślimy co dalej. Nagle Krzysiek zaczyna szukać swoich butów górskich. Okazało się, że zostały w busie, który zdążył odjechać. Szybka reakcja, złapanie taksówki, pościg i po jakimś czasie znów jesteśmy w komplecie. Chwilę przyglądamy się weselnikom z pobliskiego domu weselnego, dopakowywujemy plecaki i w końcu ruszamy w góry.

Idziemy pod górę. Zabudowania stają się coraz rzadsze. Postanawiamy się wykąpać a potem znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Po pewnym czasie się udaje ale namioty rozbijamy już po ciemku. Obiad w postaci zupy serowo-rybnej czy czegoś w tym stylu, podział na namioty i spać.

Kolejny dzień wita nas mgłą i mało rozmownym pasterzem. Zwijamy się i ruszamy pod górę. Praktycznie cały dzień idziemy pozbawieni widoków. Dopiero pod wieczór chmury się trochę rozwiewają. Obóz rozbijamy przy ruinach szałasu. Obserwujemy zachód słońca, który w połączeniu z chmurami dał wrażenie grzyba atomowego na niebie. Ja udaję się na poszukiwanie wody a reszta wygłodniała czeka nad pustym kociołkiem. Po starannym przeczesaniu okolicznych zboczy w końcu znalazłem źródło jednak na napełnienie bukłaka musiałem czekać dobre 10 minut.

No i znowu mgła. Idziemy nabrać wodę i kierujemy się tam gdzie wydaje nam się, że jest dobry kierunek. Po pewnym czasie orientujemy się, że był to błąd. Skręcamy w lewo i zaczynamy podchodzić prosto pod górę stromym i cholernie mokrym stokiem. Na szczycie Pietrosula(bo tak się ta góra nazywała) zasłużony odpoczynek. Gdy schodzimy na drugą stronę wychodzi słońce które ma nam już towarzyszyć do końca wyjazdu. Dochodzimy do granicy Rumuńsko-Ukraińskiej. Mijają nas dwa ziły z przemytnikami a my rozglądamy się nad miejscem noclegowym. Wybór pada na położone trochę poniżej grani jeziorko(niestety płytkie i muliste ale za to ładne). Woda nawet nie tak daleko, widoki cudne, po prostu żyć nie umierać.

Teraz marsz wzdłuż granicy. Widok robi wrażenie-wycięte pasy drzew, czasami zaorana ziemia i pozostałości zasieków ciągnące się w dal. Nocleg tuż przed Stohem – szczytem na którym spotykały się granice Polska, Rumuńska i Austriacka

Dzień zaczynamy od wspomnianego przeze mnie szczytu. Sprawdzenie ile osób jest w stanie stać na jednym słupku, zdjęcia i w drogę. Nie zaszliśmy jednak daleko kiedy podeszli do nas Ukraińscy pogranicznicy. Tzn do prawie całej grupy za wyjątkiem mnie i jeszcze 2 osób które były z przodu. Grożąc wysokimi karami i deportacją skutecznie wyłudzili od nas łapówkę. Na szczęście nie dużą. Po tym incydencie zmieniamy trochę plany. Jak najszybciej schodzimy z grzbietu granicznego i rezygnujemy z wejścia na Popa Iwana Marmaroskiego. Skręcamy w stronę Farcaula. Rozbijamy namioty, rozpalamy ognisko. W tym czasie dwie osoby szukają jakiegoś źródła. Jednak niczego sensownego w pobliżu nie ma i obiad jemu dopiero po północy

Wpis został opublikowany w Trekking i otagowany , , , , . Zakładka: permalink.