Himalaje dla każdego

GALERIA zdjęć z podróży

Zawsze chciałem pojechać w góry wysokie. Daleko, egzotycznie, coś, o czym tylko czytałem. To marzenie postanowiłem zrealizować w trakcie wakacji po ukończeniu liceum. Pojawiało się jednak wiele problemów. Najtrudniejszym do zrealizowania było znalezienie kompanów podróży. Wśród bliższych i dalszych znajomych nie znalazł się nikt chętny. Umieściłem też informację na kilku forach internetowych ale wciąż cisza.

Po pewnym czasie byłem już skłonny pojechać gdziekolwiek sam. Wciąż pozostawał jednak problem wyboru miejsca i ostatecznego zdecydowania się by wyruszyć samemu. I tu z pomocą przyszedł przypadek. Wiele podróży inspirowanych jest przeczytaną gdzieś relacją, zdjęciami znajomego, czy prelekcją. W moim przypadku było to natrafienie na promocję biletów lotniczych do Indii. Wieczorem znalazłem ofertę a już rano byłem szczęśliwym posiadaczem biletu Warszawa – Wiedeń – Delhi. Zacząłem się zastanawiać, co z tym fantem zrobić.

Wyjazd do Indii latem pociąga za sobą w miarę oczywisty wybór rejonu działalności górskiej. Ze względu na monsun główny grzbiet Himalajów w tym Himalaje Nepalu i Sikkim z jednej strony aż po Kaszmir z drugiej jest praktycznie wycięty. Oczywiście wszystko jest dla ludzi ale osobiście nie lubię chodzić w upale i wilgotnym powietrzu nie mając przy tym szans na widoki ze względu na permanentne zamglenie. Jest jednak nie za bardzo znany rejon na północy Indii, odizolowany od monsunu główną granią Himalajów. Miejsce nazywane Małym Tybetem. Najlepszy czas na trekking przypada tam właśnie latem.

Plany zaczęły się krystalizować. Miałem zamiar wyjechać z Delhi i zahaczając o co ciekawsze miejsca dojechać do Lehu – stolicy Ladakhu. Tam zrobić ze dwa trekkingi a do Delhi wrócić drogą powietrzną. Nie ustawałem też w poszukiwaniach towarzysza podróży bo wizja bycia kompletnie samemu w kraju takim jak Indie wciąż mnie trochę przerażała. Ostatecznie na sam trekking nie znalazłem chętnego, ale na czysto podróżniczą część mojej podróży tak. Pewnego dnia napisał do mnie Amerykanin z dominikańskim pochodzeniem. Nie jestem w stanie jasno sprecyzować jakie cechy musi posiadać osoba by nazwać ją do szpiku kości amerykańską ale wiem na pewno, że Leo te cechy posiadał. Do tego latynoski temperament i mamy gotowy przepis na masę zabawnych sytuacji.

Pierwszy raz w samolocie, pierwszy raz na innym kontynencie, otoczony kompletnie inną kulturą jadę przez Delhi. Wchodzę do hotelu i idę zobaczyć się z kimś, z kim wymieniłem tylko parę maili i razem z którym miałem następnego dnia stawić czoła Indiom – krajowi przez wielu uznawanym za najmniej przyjazny dla turystów. Kompletne wariactwo.

Pierwszy kontakt z tym krajem był dla mnie wielkim szokiem. Hałas, brud niemożność załatwienia czegokolwiek. Próby wydostania się publicznym transportem z Delhi zakończyły się fiaskiem. Koniec końców do Agry pojechaliśmy taksówką(przepłacając pewnie ze dwa razy). Tam India’s the Best of czyli Taj Mahal. Zaczęliśmy się powoli uczyć nowego dla nas sposobu podróżowania. Trzeba było zakładać cały czas, że wszyscy chcą z nas ściągnąć parę razy więcej pieniędzy niż jest cokolwiek warte. Najbardziej godnymi zaufania ludźmi byli kierowcy tuk-tuków. Też robili na nas niezły biznes, ale dodatkowe pieniądze wyciągali nie z nas a z właścicieli restauracji i sklepów gdzie nas zabierali. Na jedno nie było jednak rady na parną, gorącą pogodę. Ruszyliśmy więc do Rajasthanu. Nic nie zapowiadało ochłodzenia ale bliskość pustyni dawała nadzieję na ciut suchsze powietrze. Rajasthan to forty i pałace, które wprost zwalały z nóg i ruch uliczny, w którym do ogólnego chaosu dołączyły wielbłądy i… słonie.

 

W Indiach parę rzeczy jest pewnych. Jedną z nich są krowy a drugą bez wątpienia są problemy żołądkowe. Leo dopadło pierwszego. Nie byłoby to nic specjalnego gdyby nie jego przyzwyczajenia. Do dość niskich standardów sanitarnych zdążył się już przystosować, ale wciąż nie był się w stanie przekonać do toalet typu „narciarz”. Jeździliśmy więc po całym Jaipurze poszukiwaniu akceptowalnej toalety, podczas gdy Leo robił się coraz bardziej zielony. Mimo, że rozumiałem tragizm sytuacji nie mogłem się powstrzymać od śmiechu.

Stwierdziliśmy, że czas najwyższy skierować się na północ – w stronę w gór. Chcieliśmy po drodze wstąpić do Amritsaru ale w Indiach nigdy nic nie jest do końca tak jak by się chciało. W ciągu najbliższych dni jedyne wolne miejsca były w pociągu jadącym do Jammu skąd nie opłacałoby się nam cofać do Amritsaru. Cóż, jeszcze nie raz będę w Indiach i na pewno kiedyś tam trafię. Dopiero wtedy uświadomiliśmy sobie ogrom Indii. Na bilecie z Jodhpuru do Jammu widniało czarno na białym „distance = 1000km”. A to tylko na terytorium Rajasthanu.  W tym momencie rozpoczęła się nasza przygoda z Himalajami.

Udało nam się za całkiem sensowną cenę znaleźć terenówkę do Srinagaaru. Droga szybko zaczęła piąć się w górę. Zielone, tropikalne lasy, kręta i przepaścista droga(choć jeszcze do niej zatęsknimy) i pawiany wyskakujące wprost pod koła. Po kilkunastu godzinach docieramy do Srinagaaru – stolicy Kaszmiru.

Tu znów nastąpiła zmiana planów choć w przeciwieństwie do Amritsaru tym razem dzięki temu zobaczyliśmy więcej niż planowaliśmy. Rano poszliśmy złapać jakiś transport do Lehu. Okazało się, że wszystko co miało jechać dziś w tamtym kierunku, już odjechało. Zostawiliśmy więc plecaki w hotelu unoszącym się na pobliskiej rzece. Okazało się, że duża część miasta to mieszkalne barki pływające po jeziorach otoczonych przedgórzami Himalajów i Karakorum.

Pływające miasto zrobiło na mnie naprawdę bardzo pozytywne wrażenie. Pierwszy raz od dwóch tygodni wokół mnie nie było hałasu. Piękne widoki i chłodna(w porównaniu do poprzednich miejsc)temperatura. Do tego krzaki marihuany rosnące przy ulicach lądowej części miasta i ludzie sprzedający wprost na ulicy substancje powszechnie uznawane za nielegalne. Jednak nawet w tak spokojnym miejscu nie uniknęliśmy natrętnych sprzedawców. Kiedy pływaliśmy po mieście, co chwila podpływały do nas łódki, których właściciele próbowali nam sprzedać wszelakie dobra. Rekordem było 5 łódko-sklepów płynących równolegle do naszej łódki.

Następnego dnia załadowaliśmy nasze bagaże na dach terenówki i ruszyliśmy w stronę Ladakhu. Krajobrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Najpierw ciut bardziej alpejsko a potem z każdym kilometrem coraz bardziej sucho by po pewnym czasie wić się po piaszczysto kamiennych górach popodcinanych piaskowcowymi urwiskami. To był bardzo ciężki dzień. Droga z rzadka asfaltowana, wąska, ale za to z intensywnym ruchem w obu kierunkach. Do tego postoje na punktach kontrolnych i wypełnianie kolejnych takich samych formularzy. Nasze morale zostało podkopane jakieś 70 km przed celem kiedy w dole, w rzece zobaczyliśmy samochód, który dopiero stoczył się z urwiska.

Leh – miasteczko położone na 3500m. npm w szerokiej dolinie Indusu. Góruje nad nim pałac przypominający trochę ten w Lhasie, wszędzie wiszą modlitewne flagi i częste są młynki modlitewne. Na ulicach dość nietypowa mieszanka ludzi – od typowych backpackersów, przez motocyklistów i hipisów poznających tajniki buddyzmu po mnichów w czerwonych szatach i oczywiście regularnych mieszkańców. No i najważniejsze dla mnie – góry wznoszące się do 7000 m npm. Parę dni spędziliśmy zwiedzając co było do zwiedzenia w najbliższej okolicy. Potem Leo poleciał do domu a ja uznałem, że mam wystarczającą aklimatyzację by zacząć pierwszy trekking. Wybór padł na Markha Valley. Trasa malownicza i, co było czynnikiem decydującym, stosunkowo mocno uczęszczana. Jako, że nie miałem nadal z kim iść, spakowałem plecak, podjechałem do Spituk i po krótkim zwiedzaniu dość okazałego klasztoru ruszyłem przez pustynną dolinę Indusu. Droga monotonna, niesamowite widoki, ale dość monotonne. Do tego żadnej ochrony przed słońcem sprawiła, że kiedy w oddali zobaczyłem przybliżający się tuman kurzu, stanąłem i spróbowałem złapać stopa. Niestety, nie zatrzymał się. Ale już następny tak. W środku mało miejsca ale jakoś się zmieściłem. Terenówką jechała grupa 8 Czechów, która wybierała się na Stok Kangri.

Samochodem dało się dojechać tam gdzie pierwotnie planowałem spędzić pierwszą noc. Jednak zaoszczędzony czas i miłe towarzystwo skłoniły mnie by pójść dalej do Rumbak, zwłaszcza że i tak pierwszego dnia nasze trasy się pokrywały. Po 3 godzinach rozbijaliśmy obóz. Zrobiłem sobie obiad, pograłem z Czechami w karty, wypiłem parę łyków swojskiej śliwowicy a wieczorem na dodatek zostałem zaproszony na obfitą obiadokolację zrobioną przez genialnego kucharza czeskiej ekipy.

Następny dzień powitał nasz deszczem i mocno ograniczoną widocznością. Ale czego innego spodziewać się po … klimacie pustynnym J. Zacząłem rozważać dołączenie do Czechów i wejście z nimi na Stok Kangri. I tak zamierzałem to zrobić a jak pojawiła się okazja by zrobić to w miłym towarzystwie to czemu by nie. Od ich przewodnika dowiedziałem się, że wejście jest możliwe bez użycia dodatkowego sprzętu a permit wejściowy można kupić w obozie bazowym. W związku z tym ruszyłem razem z wesołą grupą w stronę przełęczy Kang la. Pogoda była naprawdę kiepska padał deszcz a na przełęczy, przez którą przechodziliśmy, śnieg. Po paru godzinach doszliśmy do miejsca naszego następnego obozu. Rozbiliśmy namioty i schroniliśmy się w parashute tencie. Jest to ciekawa konstrukcja, bardzo popularna w górskich wioskach. Składa się z drewnianego masztu i starego spadochronu rozpiętego na nim tworząc przestronny namiot na planie koła. Ogólnie patenty miejscowych na zorganizowanie sobie życia w górach były bardzo interesujące. Do najciekawszych należy między innymi kuchenka słoneczna składająca się z prowizorycznie zrobionego lustra skupiającego i umieszczonego przed nim czajnika. Może do wrzenia nie doprowadzała ale znacznie oszczędzała benzynę.

Planowaliśmy spędzić w tym miejscu dwie noce by lepiej się zaaklimatyzować przed podejściem do bazy(5100mnpm) i wejściem na szczyt (6100mnpm). Dzień spędziliśmy w większości odpoczywając, grając w karty czy też w miejscową grę polegającą na wtrącaniu żetonów do dziur w rogach specjalnego stołu przy pomocy innego żetonu. Taki zmodyfikowany bilard. W starciu z przewodnikiem, czy poganiaczami koni nie mieliśmy żadnych szans ale zabawa była przednia. Pogoda się poprawiła, więc postanowiłem wybrać się na spacerek na wznoszący się nad obozem szczycik. Wlazłem na górę siadłem na kamieniu z widokiem na dolinę Indusu cieszyłem się ciszą i przestrzenią. Dopiero po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że ten szczyt wyglądający bardziej jak sterta kamieni ma około 5000m npm. Wielkość tych gór i wysokości robiły na mnie cały czas ogromne wrażenie, bo do tej pory najwyższe góry, w których byłem to były Alpy a i to zawsze poniżej 4000 m. Spędziłem tam ze dwie godziny czytając i wróciłem do obozu na chwilę przed zachodem.

Podejście do bazy było krótkie ale zajęło trochę czasu ze względu na obserwowanie licznych świstaków uciekających szybko na nasz widok. Obóz bazowy wyglądał tak jak sobie wyobrażałem. Wiele namiotów rozsianych na sporym wypłaszczeniu dwa porządniejsze niż w poprzednich obozach parashuty i ogólnie taka wysokogórska atmosfera. Obiadokolacja i spać bo wyjście zaplanowane na 1.30.

Trochę po 23. Budzę się ze strasznym bólem głowy. Zaczynam przygotowywać się do wyjścia. Nie wiem, co prawda, czemu wszyscy piszą o braku apetytu spowodowanym chorobą wysokościową. Ja w każdym razie pochłonąłem ogromne śniadanie. W końcu ruszamy. Ból głowy minął, pogoda też zapowiadała się dobrze. Po pierwszym podejściu zobaczyliśmy w świetle księżyca nasz dzisiejszy cel. Jednak jak to w górach, warunki zmieniają się bardzo szybko. Szczyt zniknął w chmurach i zaczął padać śnieg. Moi czescy znajomi zaczęli narzekać na różne dolegliwości wysokościowe. Przeszliśmy przez mały lodowczyk i zatrzymaliśmy się na naradę. Tam większość zdecydowała się zawrócić. W stronę szczytu poszedłem dalej w towarzystwie Karin i przewodnika. Śnieg sypał coraz bardziej i gdy dotarliśmy do grani szczytowej zrobiło się naprawdę ślisko. W chwilach przejaśnień widać było już wierzchołek. Jednak wraz z wysokością prędkość marszu znacząco zmalała i grań szczytowa zajęła nam ze 2-3 godziny. Zdjęcia szczytowe, mimo że mało co było widać, chwila odpoczynku i już chcieliśmy schodzić. Karin trochę narzekała na zimno w rękach ale po postoju na szczycie zaczęła się dosłownie trząść z zimna. Wyciągnąłem z apteczki ogrzewacz chemiczny, ale okazało się, że jakieś pół roku temu upłynął termin ważności i nie dał ani kawałka ciepła. Jako że moje rękawice były cieplejsze i co najważniejsze nie przemokły zamieniliśmy się i szybko ruszyliśmy w dół gdzie mniej wiało i było cieplej. Zejście było dość nużące ale w końcu, po 11 godzinach od wyjścia weszliśmy do zasypanego śniegiem obozu. Otoczyła nas reszta grupy pytając o szczegóły i gratulując wejścia. Od razu wzięli nas do ogrzanego kuchenką namiotu dając gorącą herbatę. Zrobiło się naprawdę przyjemnie. Trzeba było się jednak zbierać bo istniało ryzyko, że konie mogą mieć następnego dnia problemy z zejściem na dół. Ja nie musiałem schodzić, ale nie uśmiechała mi się kolejna zimna noc z bólem głowy. Tego dnia zeszliśmy na sam dół, czyli do miejscowości Stok u wylotu bocznej dolinki do doliny Indusu. Gdy późnym popołudniem rozlokowaliśmy się w przyjemnym guest hausie poczułem skumulowane przez cały dzień zmęczenie. W końcu po powrocie do bazy pokonałem w dół dodatkowe 1500 m deniwelacji i to z ciężkim worem na plecach. Zaraz po obiadokolacji poszedłem spać.

Rano wstałem przed wszystkimi. Spakowałem się, zjadłem coś, spróbowałem dowiedzieć się czegoś na temat autobusu do Lehu(powiedziano mi tylko, że jest, ale nikt nie był w stanie sprecyzować, o której i skąd). Poczekałem aż moi nowi znajomi się obudzą, życzyłem im udanej reszty podróży, dałem swoje namiary i ruszyłem w dół. W miejscu gdzie według jednej wersji miał zatrzymywać się autobus, nikogo nie było, nie mówiąc o samym autobusie. Poszedłem więc drogą licząc na to, że w razie gdyby jechał w dół to zatrzyma się by mnie zabrać. Zboczyłem na chwilę z drogi by zobaczyć okazały pałac. Okazał się niestety jeszcze zamknięty. Kiedy wracałem na drogę główną zobaczyłem autobus oddalający się w stronę Lehu. „Na pewno coś na stopa złapię, a jeśli nie to jest wcześnie a do Lehu tylko około 20km. Nie zdążyłem ujść jednak nawet kilkuset metrów, gdy usłyszałem za sobą odgłos silnika. Terenówka z dwójką amerykańskich turystów zatrzymała się i w komfortowych warunkach dojechałem do miasta. Tu wielkie zaskoczenie – wszystkie sklepy pozamykane, ulice wyludnione, ciche. Okazało się, że jest to jakiś ważny dzień podczas odbywającego się w tym okresie festiwalu. Restauracje i sklepy pozamykane i to bez wyjątków. Za to tłumy zgromadziły się na boisku do gry w polo gdzie odbywały się jakieś przemówienia okolicznościowe. Szkoda, że w Ladakhi.

Wciąż miałem czas na jeden trekking przed lotem do Delhi. Zachęcony pysznym jedzeniem gotowanym przez tutejszych kucharzy i małymi, lekkimi plecaczkami uczestników zorganizowanych trekkingów rozpocząłem poszukiwania agencji trekkingowej, która szuka dodatkowych osób do już organizujących się grup. Agencji w Lehu cała masa, ogłoszeń o wolnych miejscach jeszcze więcej ale żadne nie pasowało mi terminem rozpoczęcia lub długością trwania(byłem mocno ograniczony datą wylotu). W czasie oczekiwania zdecydowałem wybrać się na dość oczywisty cel w okolicy – Khardung La. Jest to najwyższa przejezdna przełęcz świata(5600 m npm). Dla mnie oczywistym sposobem dotarcia do oddalonej o 40km w poziomie i 2km w pionie przełęczy był autostop. I tu bardzo miłe zaskoczenie. Wyszedłem na drogę wylotową, położyłem plecak na ziemi, usiadłem i przygotowałem się na długie czekanie. Po 15 minutach już jechałem w górę przy dźwiękach indyjskich przebojów lecących w kółko z jednej kasety. Im wyżej tym mniej asfaltu ale za to pojawiał się śnieg i lód. Po paru postojach spowodowanych utknięciem ciężarówek na co stromszych odcinkach i dwukrotnym pchaniem naszego samochodu wysiadłem na przełęczy. Szybko ubrałem ciepłe ciuchy, które przewidująco spakowałem i udałem się na spacer. Krótka rozmowa z bardzo optymistycznym mnichem, który w okresie letnim mieszka w znajdującym się nad przełęczą klasztorku, sesja zdjęciowa pod tablicą informującą o wysokości i jeszcze szybciej złapany stop w dół. Przyzwyczajony do indyjskich dróg byłem już w stanie cieszyć się pięknymi widokami między innymi na Stok Kangri, na którym byłem zaledwie trzy dni temu.

Wciąż nie miałem z kim ruszyć w góry a czas zaczynał mi się kończyć. Postanowiłem zrealizować plan pierwszego trekkingu. Jednak na przejście Markha Valley w najbardziej popularny sposób potrzeba więcej czasu niż miałem. Studiując mapę i przewodnik zauważyłem, że gdyby w jakiś sposób dojechać  do Chilling – ostatniej miejscowości, do której można dojechać jadąc wzdłuż Zanskaru i tam zacząć trekking skróciłoby by się trekking o dwa dni. Do tego pokonanie dwóch krótkich etapów jako jeden i miałem szanse zdążyć na samolot.

Okazało się, że żaden publiczny transport tam nie dojeżdża. Pozostał mój ulubiony środek transportu – stop. Pierwszy samochód zatrzymał się po 15 minutach. Byłem wręcz zachwycony. Kierowca wysadził mnie w miejscu gdzie droga do Chilling odbija od głównej, biegnącej doliną Indusu. Tu po pół godzinie czekania zarzuciłem plecak i zacząłem marsz w kierunku oddalonego o 25km Chilling(nic się nie zatrzymało bo nic nie jechało). Nie wiedziałem, co zrobię jeśli nie złapię okazji bo jeden dzień opóźnienia groził spóźnieniem na samolot do Delhi a co za tym idzie nawet na powrotny do domu. Na szczęście po godzinie zatrzymałem samochód wiozący sprzęt dla amatorów spływów górskimi rzekami. Wskoczyłem na pakę i wciśnięty gdzieś między kajaki a wiosła, uważając by nie uderzyć głową w stalową ramę, na której jechały pontony dojechałem dokładnie tam gdzie chciałem. Według mapy jakieś dwa kilometry w górę rzeki jest most, który umożliwia dostanie się do doliny Markhy. Żadnego mostu jednak nie było. Zamiast tego zobaczyłem konstrukcję, której nigdy wcześniej nie widziałem. Nad szeroką, górską rzeką rozpięta była stalowa lina. Po środku kiwał się na bloczku mały, drewniany, prowizoryczny wózek. Przyciągnąłem go za sznurek i zacząłem się zastanawiać jak mam tym czymś przedostać się na drugą stronę. Wrzuciłem plecak i podjąłem próbę załadowania do środka samego siebie. Po kilku próbach, które niemal skończyły się na ziemi, siedziałem w środku wątłej konstrukcji jadąc z wesołym okrzykiem w kierunku środka rzeki. Z tego miejsca trzeba było wciągnąć się za linkę na drugi brzeg. Wysiadłem już w miarę sprawnie, siadłem i kibicowałem turystom, którzy podejmowali próbę przeprawienia się w drugą stronę. Nie był to jednak koniec przygód tego dnia. Doszedłem do Skiu, rozbiłem namiot i postanowiłem zrobić sobie coś do jedzenia. Siadłem w namiocie i nakręcałem palnik na butlę. Poczułem gaz cieknący po ręce i zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, nastąpił samozapłon i kuchenka zamieniła się w kulę ognia. Szybko złapałem za nią i wyrzuciłem z namiotu jak najdalej mogłem. Po paru minutach butla efektownie wybuchła. Stałem przed namiotem patrząc na ogromną dziurę w jego ściance a wokół mnie zaczęli zbierać się inni mieszkańcy tego pola namiotowego. W sumie nic strasznego się nie stało. Ja straciłem tylko trochę włosów na rękach a brwi miałem lekko przypalone. Dziura w namiocie, mimo że dość sporych rozmiarów dała się załatać workiem na śmieci. Pozostał jeden problem: jak gotować całe to jedzenie co mam w plecaku. Tego dnia zostałem zaproszony na obiad przez rodzinę z Izraela a w kolejnych dniach uznałem, że jakoś to będzie.

Następny dzień to miły spacer w górę doliny. Od pewnego momentu marsz umilała mi rozmowa z holenderską parą. Popołudniu doszliśmy do Markhy – głównej miejscowości znajdującej się w tej odciętej od świata dolinie. Na polach trwały żniwa, które w takim otoczeniu stanowiły wdzięczny temat do zdjęć. Wieczorem bez żadnego problemu mogłem ugotować obiad na kuchence jednej z nielicznych pod koniec sezonu ekip.

Ten dzień zapowiadał się na najciekawszy a zarazem najtrudniejszy. Dwa etapy w jeden dzień, 25km i 1000m podejścia. Ale za to ostatnie, najwyżej położone osady i widoki na Kang Yatze(6400m npm). Ten dzień praktycznie cały czas szedłem sam. Tylko podczas postoju w jednym z parashute tentów pogadałem chwilę z poznaną jeszcze w Skiu Dunką. Największe wrażenie zrobił na mnie fragment biegnący przez jakieś 5 km po płaskowyżu, nad którym górował Kang Yatze gdzie jedną żywą duszą były spotykane co jakiś czas jaki. W tym miejscu czułem się jakbym w górach był tylko ja. Niesamowite uczucie. W Nimaling, kolejnym obozie nie było nikogo oprócz pasterzy wypasających jaki. Zmęczony ugotowałem obiad i niemal od razu poszedłem spać.

Rano ruszyłem w stronę przełęczy będącej najwyższym punktem trekkingu – Kongmaru La. Podczas podejścia okazało się, że nie byłem w obozie sam tylko inne namioty były rozbite trochę na uboczu. Zejście z przełęczy przebiegało więc przy milej rozmowie(między innymi z przewodnikiem, który… był w moim wieku) z przerwami na obserwowanie świstaków i niebieskich owiec(blue ships- ani to owce, ani niebieskie. Takie szarawe kozice po prostu). Dowiedziałem się przy okazji, że z Sumdo, dokąd szedłem co rano jeździ autobus do Lehu i nie muszę iść kilkunastu dodatkowych kilometrów do głównej drogi. Tuż przed miejscowością coś błysnęło mi na ścieżce. Podnoszę a tu piękny kryształ górski, idę dalej-geoda, potem kolejna. Widząc coś takiego w takiej ilości po raz pierwszy w życiu, nie mogłem się powstrzymać i waga plecaka wzrosła szybko o parę kilo. Na polu namiotowym nie dość, że nie miałem problemów z pożyczeniem kuchenki to przewodnik zaoferował, że chętnie kupi mój namiot(dziurawy!) i kijki trekkingowe(z czego jeden złamany). Cena była bardziej symboliczna ale pozbyłem się balastu i miałem na parę obiadów.

Oczywiście nikt nie wiedział skąd odjeżdża autobus. Po prostu jak usłyszałem silnik, pobiegłem w tamtą stronę. Po jakiś dwóch godzinach byłem w Lehu. Tu miałem cały dzień na ostatnie zakupy a następnego dnia rano miałem samolot do Delhi. Lot był niesamowity. Góry były dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wysokość przelotowa A300 to około 8500m, podczas gdy szczyty pod nami miały po sześć, siedem tysięcy metrów. Po wyjściu z terminalu lotniska uderzyło mnie w twarz gorące, parne powietrze, o którym prawie już zapomniałem przez dwa tygodnie w górach. Pojechałem na Paharanj. Jest to część Delhi leżąca pomiędzy New a Old Delhi. Dzielnica kompletnie niezaplanowana, głośna, pełna ludzi ale pełna też tanich hotelików i gromadząca podróżników z całego świata. Zostawiłem plecak w pokoju i poszedłem na spacer po Old Delhi. Zmęczony chodzeniem i odmawianiem nachalnym sprzedawcom wziąłem w końcu rikszę. Decyzja była dobra. Pokazał mi parę miejsc z dala o przewodnikowych szlaków. Poszedłem do polecanej w lonely planet restauracji. Kiedy czekałem na obiad przysiadł się do mnie Andrew a potem także Rajiv. Obaj byli z Anglii i podróżowali samotnie po świecie. Postanowiliśmy kolejny dzień zwiedzać Delhi razem.

Spotkaliśmy się w tej samej restauracji, w której się poznaliśmy, zjedliśmy śniadanie, pogadaliśmy z innymi podróżnikami i poszliśmy szukać taniego transportu do Kutb Minar. W pierwszym tuk-tuku chcieli od nas 450 rupii a pół godziny i parę tuk-tuków później udało nam się cenę obniżyć do 100 rupii. Cóż, takie są Indie. Kutb Minar okazało się być nie tylko 70 metrową wieżą, z XVI w. ale także interesującymi ruinami dużego kompleksu pałacowego. Jeszcze tylko Humayun Tomb- grobowiec będący inspiracją dla twórcy Taj Mahalu. Wieczorny drink, rozmowy o podróżach przeszłych, trwających i przyszłych i musiałem jechać na lotnisko.

Podróż ta była dla mnie wyzwaniem. Chyba pierwszy raz na tak długo ale dzięki temu byłem w stanie uniknąć pośpiechu towarzyszącego krótszym podróżom. Jechałem sam, ale dzięki temu poznałem wielu ciekawych ludzi, których w innych okolicznościach bym nie poznał. Zdobyłem cenne podróżnicze doświadczenie. I co chyba najważniejsze, udowodniłem sam sobie, że wszystkie plany są możliwe do zrealizowania. Ciekawe gdzie pojadę w związku z tym w przyszłe wakacje.

 

Wpis został opublikowany w Podróże i otagowany , , , . Zakładka: permalink.