Chamonix 2013

IMG_0178            W celu treningu przed wyjazdem do Gruzji zdecydowaliśmy się pojechać w Alpy. Czasu między końcem sesji a wylotem mieliśmy 3 tygodnie ale w międzyczasie jeszcze trzeba było zakończyć część przygotowań do następnej podróży. Wybór padł na Chamonix. Głównym celem wyjazdu był Filar Frendo na Aiguille du Midi. Jest to duża droga alpejska zarówno o trudnościach skalnych, mikstowych i lodowych będąca dobrym sprawdzianem przed ambitniejszymi alpejskimi klasykami. Co więcej charakterem przypomina drogę którą mieliśmy atakować za około miesiąc.

Rozgrzewką przed celem głównym miał być szczyt Aiguille de la Republique na który nie udało nam się wspiąć rok temu. W związku z tym wjechaliśmy na Montenvers skąd zaczęliśmy podejście w okolice schroniska Envers. Udało nam się uniknąć błędów z zeszłego roku i bagażu mieliśmy znacznie mniej. Poza tym z Mer de Glas skierowaliśmy się od razu na drabiny prowadzące do schroniska zamiast urządzać całodzienną, bezcelową wycieczkę po lodowcu(zobacz: http://nosal.net.pl/chamonix-2012/). Szybko dotarliśmy w okolice naszej platformy biwakowej. Tu jednak nic nie przypominało tego co zapamiętaliśmy z poprzedniego wyjazdu. Zamiast licznych strumyków, trawy i ogromnego tarasu zastaliśmy morze śniegu i małą platforemkę, którą musieliśmy poszerzyć by zmieścił się tam nasz namiot.

„Krzysiu, Krzysiu słyszysz mnie?”

Tu okazało się, że popełniłem szkolny błąd przy pakowaniu. Pośpiech na dole sprawił, że moja czołówka została w samochodzie. Tylko fakt, że dzień po nas mieli tu przyjść znajomi sprawił, że nasz plan na te wyjście zrealizowaliśmy. W związku z brakiem drugiego źródła światła i pewnym zmęczeniem po podróży na pierwszą drogę wybraliśmy 270m linię na wznoszącej się nad schroniskiem Tour Verte. Droga oferuje wyrównane trudności 6a z paroma miejscami 6a+. Biegnie w litej skale systemem pięknych rys i zacięć. Bez większych problemów po 3h zameldowaliśmy się na szczycie. W międzyczasie łączność radiową nawiązał z nami Żaku, z którym byliśmy tu rok temu a który teraz podchodził z innym zespołem i chciał się dowiedzieć gdzie się rozbiliśmy by zostawić mi zapasową czołówkę. Po krótkim odpoczynku chłopaki ruszyli do góry ponieważ planowali zabiwakować w ścianie Aiguille de la Republique. Wróciliśmy do namiotu i przygotowaliśmy się do ataku na „Republikę” następnego dnia. O umówionej godzinie włączyliśmy radio by dowiedzieć się jak idzie znajomym. Z początku odzewu nie było. Później zaczęliśmy odbierać rozmowy jakie między sobą prowadzili członkowie wspinającego się zespołu. Napięcie narastało ponieważ zmrok zbliżał się szybko, lina się zacinała a na koniec doszedł zdaje się mały zapych. To wszystko mieliśmy z Zuzą przed oczami słuchając nietypowego słuchowiska radiowego. Jednym z moich faworytów był tekst „-W skali o jeden do dziesięciu jak bardzo nie mogę polecieć???!”. Gdy usłyszeliśmy, że mają stanowisko przy półce biwakowej, podziękowaliśmy chłopakom za rozrywkę i poszliśmy spać po za 3h mieliśmy się budzić.

Republika

Atak na „Republikę” przebiegał od samego początku idealnie. Szybko zebraliśmy się i zaczęliśmy podejście. Ze względu na dużą ilość śniegu nie było problemów z przejściem na wyższe piętro lodowca Trelaporte i ok. godziny 4.00 zaczęliśmy się wspinać.  O godzinie 6.00 byliśmy na półce biwakowej gdzie ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy Żaka, Michała, Pawła i Jacka, którzy po wczorajszym ciężkim dniu dopiero się zbierali. Po dłuższym odpoczynku przeszliśmy do kuluaru gdzie przewiązaliśmy się do asekuracji lotnej. W ten sposób w terenie III szybko dotarliśmy prawie do miejsca zeszłorocznego wycofu. Tu znów zaczęliśmy asekurować się normalnie. Pod Breche de la Republique zostawiliśmy plecaki i na lekko weszliśmy w kopułę szczytową. Jeden z wyciągów prowadził dookoła skalnego żandarma. Duża ilość śniegu w tym roku sprawiła jednak, że trzeba było przeciskać się przez coś w rodzaju skalno-śnieżnego zacisku. Fragment ten przypadł Zuzi do prowadzenia. Przeciśnięcie się zajęło jej trochę czasu a wytrząśnięcie śniegu ze spodni kolejną chwilę. Chyba część śniegu podczas tych prób się wykruszyła ponieważ ja po paru mocniejszych stęknięciach byłem po drugiej stronie.

Teraz przyszła kolej na mnie i na pierwszy „piątkowy” wyciąg. Po systemie łatwych półek wyszedłem na ostrze filara. Tu otworzyła się pode mną ogromna przestrzeń. Droga przekraczała filar i szła dalej systemem rys po jego drugiej stronie. Jednak zdecydowanie się by z wygodnej półki wejść na płytę nad dużą lufą zajęło mi chwilę. Zuzia do mnie doszła i zachwycona równie jak ja jakością skały i widokami zaatakowała przedostatni wyciąg. Niedługo potem odpoczywaliśmy przed końcową, najtrudniejszą płytą. Gdy już zebraliśmy wystarczająco dużo sił podjęliśmy próbę wejścia klasycznie na wierzchołek. Kawałek ten wyceniony jest na 6c+ czyli powinien być bez problemu w zakresie obojga nas. Pierwszy próbowałem ja jednak za każdym razem lądowałem z powrotem na półce z której startowałem. Kolejna była Zuzia i mimo, że wspinanie techniczne jest jej domeną efekt był taki sam jak u mnie. Jak się później okazało tak to już jest z Chamonix’owymi wycenami płytowego wspinania. Podobno często zaskakują przyjezdnych bez względu na doświadczenie i umiejętności. Ponieważ nie wiedzieliśmy swoich szans na wejście klasyczne, zrobiłem sobie drabinkę z taśm i szczyt osiągnąłem hakowo poruszając się od spita do spita. Na igle byliśmy równo o 15.00 czyli 11h od startu w drogę. Biorąc pod uwagę 3 dłuższe odpoczynki i próby na ostatnim wyciągu był to czas z którego byliśmy bardzo zadowoleni. Aiguille de la Republique jest niesamowita. Wierzchołek jest szerokości jakiś 0,5m i długości jakiś 7m. Można swobodnie siedzieć na nim okrakiem machając nogami nad potężną lufą.

Zaczęliśmy zjazdy. Podczas nich minęliśmy znajomych, którzy już tylko w zespole trójkowym(Michał został na biwaku) napierali do góry i brakowało im tylko 4 wyciągów do końca. Linię zjazdów dobrze pamiętałem z zeszłego roku i mimo, że nie pokrywa się do końca z drogą wejścia szybko przybliżaliśmy się do lodowca. Problem pojawił się po przedostatnim zjeździe. Jedna żyła gdzieś się zacięła i nie mogliśmy jej ściągnąć żadnym sposobem. Późna godzina, zmęczenie i perspektywa wspinaczki mokrym zacięciem o nieznanych trudnościach w celu odzyskania liny sprawiły, że podjęliśmy ciężką decyzję o zostawieniu w ścianie nowego sznurka. Mieliśmy nadzieję, że znajomi zdejmą ją następnego dnia i na drugiej żyle zjechaliśmy na lodowiec i wróciliśmy do namiotu gdzie byliśmy około 22.

Uciekające kolejki

Z namiotu wyciągnęło nas dopiero słońce. Po śniadaniu rozłożyliśmy się na kamieniu i zaczęliśmy wypatrywać znajomych w ścianie. Aparat z teleobiektywem pozwolił nam ustalić ich położenie. Ku naszemu zdziwieniu było ono złe. Obrali zły kierunek zjazdów i zmierzali w środek przewieszającej się ściany zamiast w system zacięć gdzie były stare stanowiska. Zadzwoniłem do nich by włączyli krótkofalówki. Nakierowywałem ich z dołu aż natrafili na stanowiska w odpowiedniej linii zjazdów. Tam szczęśliwie znaleźli naszą zatartą linę. Gdy znajomi dołączyli do nas, zaczęliśmy zejście do Montenvers. Mieliśmy nadzieję, że jeszcze załapiemy się na kolejkę do Chamonix. Po dotarciu na stację wszystko wyglądało pusto ale kręciło się jeszcze paru turystów. Jeden z nich zapytany kiedy odjeżdża ostatni pociąg w dół pogodnie odpowiedział „five minutes ago”. Zeszło z nas powietrze. Całą drogę powrotną myśleliśmy o bliskości kolejki i tym jak szybko będziemy na dole. Ale dodatkowe 900m zejścia okazało się nie takie straszne. O 20 byliśmy przy samochodach.

Znajomi wrócili do Wrocławia a ja z Zuzią przeczekiwaliśmy w dolinie front burzowy, który nawiedził masyw. Trzeciego dnia nie chcąc już dłużej siedzieć na dole spakowaliśmy się w celu wyjechania na Plan du Aiguille. Tu znów, co łatwo już chyba przewidzieć, uciekła nam ostatnia kolejka do góry. Tym razem spóźnienie wynosiło 15min. Przeczekaliśmy burzę, która właśnie się zaczęła i pokornie wróciliśmy na camping. Rankiem następnego dnia już bez problemów wjechaliśmy kolejką i rozbiliśmy obóz na górce nad Lac Bleu. Ładna pogoda, rodzina świstaków mieszkająca obok i dostarczająca nam dodatkowej rozrywki oraz piękne widoki zachęcały bardziej do kompletnego lenistwa niż do konkretnego działania. Ponieważ prognozy dawały nadzieję na pogodę następnego dnia zdecydowaliśmy się przetrzeć drogę pod Filar. Decyzja okazała się słuszna. Za dnia bez problemu znaleźliśmy przejście przez lodowiec i szybko dotarliśmy pod Frendo. Trasę zapisałem na GPS by w nocy nie mieć żadnych wątpliwości gdzie iść. IMG_0300Niestety wieczorem prognozy znów mówiły o popołudniowych burzach. Znaleźliśmy więc w przewodniku jakąś krótką łatwą drogę na jednym z wierzchołków Grani Motyli, która dawała nam szanse powrotu przed burzą. Poranny budzik nie zrobił na nas większego wrażenia. Mimo spóźnionej pobudki wciąż mieliśmy szanse na powrót ze wspinu o odpowiedniej godzinie. Ale myślami byliśmy już na Filarze Frendo i zgodnie podjęliśmy decyzję, że tego dnia nie robimy nic poza zbieraniem sił na główny cel naszego wyjazdu.

Frendo

Start jak zwykle wyszedł nam około godziny 3 rano. Kierując się namiarami GPS po jakiejś godzinie byliśmy pod ścianą. Wyciągnęliśmy szpej i na lotnej ruszyliśmy do góry. Pierwszy fragment był w całości śnieżny. Później droga skręca w lewo. Zazwyczaj tu zaczyna się już wspinaczka skalna. W tym roku zalegało tu jednak sporo śniegu a skały były lekko oblodzone. Terenem śnieżno-mikstowym doszliśmy do końca systemu zacięć gdzie było pierwsze spiętrzenie filara. Tu zmieniliśmy buty na wspinaczkowe i zmieniliśmy prowadzenie. Dalej ruszyła Zuzia. Szybko doszła do skalnego cruxa tej drogi – tzw. Rateu de Chevre. Na tym paro-metrowym odcinku przyasekurowaliśmy się na sztywno po czym kontynuowaliśmy wspinaczkę na lotnej. Około 8.30 dotarliśmy pod kolejne skalne spiętrzenie filara. Na przełączce przewiązaliśmy się by znowu asekurować się normalnie. Przejąłem prowadzenie i ruszyłem w ewidentne zacięcie na lewo od ostrza filara. Wspinaczka tu była samą radością. Trudności około IV+, lita skała, pierwsze promienie słońca – dla takiego wspinania warto było wstawać tak wcześnie. Wyciąg kończę po 65m. Zmiana prowadzenia i idziemy dalej. W podobnym stylu pokonaliśmy jeszcze kolejne 4 pełne wyciągi i doszliśmy do startu na tzw. konia śnieżnego. Była godzina 12 a my pełni optymizmu patrzyliśmy na końcówkę. W myślach już byliśmy w kolejce. Nic bardziej mylnego. Śnieg był trochę rozmiękły i nie szło się po nim za wygodnie. Gdy trzeba było podjąć decyzję z której strony obchodzimy ostrogę skalną wybór padł na prawą. Była bardziej zacieniona co dawało szanse na lód lepszej jakości. Po krótkim trawersie założyłem stanowisko i przygotowałem się do prowadzenia pierwszego wyciągu lodowego. Lód był tu bardzo twardy. Wspinaczka była męcząca ale na kolejnych wyciągach z rozrzewnieniem wspominałem ten fragment gdzie śruby i dziaby siedziały pancernie. Ściągnąłem Zuzię i ruszyłem dalej. Tu lód był już miększy i na dodatek często napowietrzony.  Kolejne wyciągi były tylko gorsze. Zaczęło się robić bardziej stromo (do 80-85o) a po wierzchu płynęła warstewka wody. Czwarty i ostatni wyciąg lodowy prowadził węższą lodową nitką wśród skał. Tu lód był zarówno mokry jak i napowietrzony. Podczas prób dokopania się do twardego lodu i wkręcania jakiejkolwiek śruby upuściłem niestety jedną. Zrezygnowałem więc z tego punktu i ruszyłem dalej. Na parę metrów przed granią szczytową usłyszałem, że lina się skończyła więc założyłem stan ze śniegu i ściągnąłem Zuzię. Godzina 17.15 – ostatnia kolejka w dół za 15 min. Tym razem bardziej niż kiedykolwiek wcześniej nie chcieliśmy jej przegapić. Mieliśmy co prawda ze sobą zestaw biwakowy ale namiot i pełen wybór jedzenia zawsze lepszy. Nie zwijając sprzętu i nie rozwiązując się wbiegliśmy na stację kolejki i… zdążyliśmy.

Zjechaliśmy na Plan i udaliśmy się do przykolejkowego baru w celu wypicia zasłużonego piwa. Kosztuje 3 EUR za puszkę 0,3l ale nam się należało. Niestety karta zarówno Zuzi jak i moja nie była akceptowana(tylko kredytowe). Wyciągnęliśmy wszystkie drobne jakie nam zostały. Uzbierało się jakieś 3 EUR. Sprzedawca zgarnął drobniaki po czym ku naszemu zaskoczeniu podał nam 2 piwa!! Musieliśmy wyglądać naprawdę na bardzo zmęczonych skoro wywołaliśmy taką reakcję.

Prognozy były nieubłagane – front burzowy wraca. Następnego dnia wyjechaliśmy więc kolejką na Midi i po noclegu niedaleko schroniska Cosmiques weszliśmy turystycznie na Mont Blanc. Miało być to wyjście aklimatyzacyjne przed wyjazdem do Gruzji. O 12 byliśmy z powrotem w namiocie żałując tylko, że nie mieliśmy ze sobą skiturów bo większość trasy była czysto narciarska.

Podsumowanie

Następnego dnia zjechaliśmy na dół i wróciliśmy do Polski. Cele wyjazdu zostały zrealizowane. Przekonaliśmy się, że w terenie skalnym poruszamy się w tempie umożliwiający pokonywanie dużych alpejskich ścian. Zrobienie Filaru Frendo w jeden dzień było dobrym sprawdzianem przed południowym filarem Szchary w Gruzji. Sprawna wspinaczka tak długą drogą o tak zróżnicowanych trudnościach umożliwia nam według nas podjęcie prób na większych alpejskich klasykach takich jak Filar Gervasutti na Mont Blanc du Tacul. Jednocześnie zauważyliśmy znaczne niedostatki prędkości i pewności poruszania się w terenie mikstowo-lodowym. Jest to bez wątpienia element, który trzeba będzie dopracować zimą w Tatrach i Karkonoszach.

Garść statystyk:

Tour Verte droga „Le Piege” 6a+ 270m 3h

Aiguille de la Republique „Voie normale” 5b/A1 700m 11h

Aiguille du Midi „Frendo Spur” D+/V/WI3+ 1200m 14h

Mont Blanc droga normalna z Midi PD- 5h

Wpis został opublikowany w Góry, Wspinaczka i otagowany , , , , , . Zakładka: permalink.