Chamonix 2012

Wyjazd

W Chamonix jeszcze nie byłem i to była główna przyczyna dlaczego na etapie planowania wakacji zaproponowałem wyjazd właśnie tam. Jechać mielimy takim samym składem jak rok temu czyli Zuzia, ja i Żaku. Mimo tylko 3 osób w samochodzie pakowanie stanowiło nie lada wyzwanie. Po dojechaniu do Chamonix rozbiliśmy się na chyba najtańszym campingu w dolinie czyli na campie w Les Housches. I tam też utknęliśmy na parę dni ze względu na pogodę.

Dłuuugie podejście

Celem pierwszego wyjścia miało być wspinanie na południowych ścianach Igieł Chamonix. W celu zaoszczędzenia sił podjechaliśmy kolejką do Montenvers. Stamtąd czekało nas zejście na lodowiec Mer de Glas marsz nim i podejście w okolice schroniska Envers. Trasa krótka i dlatego wzięliśmy dużo dodatkowych rzeczy w tym 3l wina. Gdy jednak doszliśmy do odbicia na schronisko, zobaczyliśmy ciąg drabin startujących z lodowca do góry. Ponieważ zejście na lodowiec pokonaliśmy właśnie po takich drabinach i z ciężkimi plecakami średnio nam się to podobało zaczęliśmy szukać alternatywnej trasy. Na mapie zaznaczona była ścieżka, która szła dalej po lodowcu i potem z o wiele mniejszą ilością drabin podchodzi do schroniska. No więc ruszyliśmy. Marsz po morenie bocznej był męczący i powolny ale przecież przybliżał nas do schroniska. W miejscu gdzie powinna odbijać nasza ścieżka nie było jednak nic. Zrzuciłem plecak i na lekko pobiegłem do góry. Znalazłem przejście ale nie do pokonania z dużymi worami. Okazało się, że ze względu na ruchy lodowca ścieżka, której szukaliśmy przestała istnieć o czym niestety nie wiedzieliśmy. Wróciliśmy więc prawie pod drabiny i rozbiliśmy obóz na lodowcu. Następnego dnia już normalnie wchodzimy po drabinach i znajdujemy piękne miejsce na obóz na ogromnym, płaskim kamieniu tuż pod lodowcem. W ten sposób krótkie podejście trwało 2 dni.


Aiguille de la Republique

Pierwszym szczytem miała być Igła Republiki. Oferowała ona 800m wspinaczki w terenie łatwym lub (przynajmniej wg. schematu) bez trudności. Dopiero ostatnie wyciągi robiły się trudniejsze a ukoronowaniem dnia miał być końcowy wyciąg o trudności 6c w dużej ekspozycji i pięknej skale. Zaczęliśmy jak zwykle w nocy. Podejście pod ścianę po lodowcu zajęło nam więcej czasu niż myśleliśmy. Mimo to tuż po wschodzie słońca robiliśmy pierwszy wyciąg. Wspinanie szło nam w miarę szybko za wyjątkiem jednego, krótkiego błądzenia na 2 lub 3 długości liny. Doszliśmy tzw. platformy biwakowej skąd po krótkim trawersie znalazłem się w „kuluarze bez trudności”. Powitał mnie on od razu małą lawinką kamienną. Ściągnąłem resztę, zwinęliśmy liny i ruszyliśmy do góry. Tu okazało się, że teren rzekomo bez trudności sięga III-IV i jest dość skomplikowany orientacyjnie. W jednym miejscu nawet zdecydowaliśmy się na asekurację. W każdym razie opóźnienie rosło. Powyżej kuluaru pokonaliśmy jeszcze parę wyciągów lądując pod kopułą szczytową. Do wierzchołka mieliśmy jeszcze tylko 3 wyciągi V i ostatni 6c. Po dłuższej dyskusji o tym co robić dalej decydujemy jednak zacząć wycof. Zjazdy zajmują nam sporo czasu ale dzięki połączeniu sił z zespołem Litwinów na lodowcu lądujemy tuż przed zmrokiem. Tu okazało się, że futerał na okulary Żaka się otworzył i tym samym został on tylko z okularami przeciwsłonecznymi co znacząco utrudniło mu nocne zejście do namiotu :) .

Tour Verte

Planów na wspin mieliśmy kilka ale większość z nich przy niskim stanie śniegu była nieosiągalna. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na drogę Pont des Soupirs na Tour Verte. Start był piękną rysą o trudnościach 6b. Niestety poleciałem i dla czystości stylu musiałem powtórzyć ten wyciąg. Później było jeszcze piękniej. Lite wspinanie w trudnościach do 6a doprowadziło nas do tytułowego mostu. W miejscu tym trzeba było przejść między turniami po moście zbudowanym z zaklinowanego między nimi bloku skalnego. Później ściana zmieniała charakter na bardziej płytowy i tam znajdował się najtrudniejszy wyciąg tego dnia(6b+). Parę wyciągów przed szczytem Żaku stwierdził, że poczeka na mnie i Zuzię na dużej półce 3 wyciągi przed wierzchołkiem. Pokonujemy więc je tylko we dwoje. Na górze parę zdjęć, jakieś słodycze i zjeżdżamy na dół po drodze zabierając Żaka.

Kolejne dni mogły zaowocować kolejnymi drogami jednak prognozy pogody(zwykle nieomylne) zapowiadały burze co powstrzymało nas od wspinania. Pogoda okazała się jednak idealna więc straciliśmy potencjalny dzień wspinaczkowy. Do zejścia do miasta zmusił nas koniec jedzenia.

Chere Couluair

W dolinie nie spędziliśmy za dużo czasu. Prognozy początkowo dawały nam ze 3 dni odpoczynku. Jednak zmieniły się one i praktycznie od razu mogliśmy znowu wyruszyć w góry. Tym razem zaczęliśmy od wjechania kolejką na Midi. Zeszliśmy na lodowiec i rozbiliśmy obóz. Naszym celem był kuluar Chere na Triangul du Tacul – piękna i dość łatwa droga lodowa o długości ok. 300m. Wyszliśmy w nocy. Świt nas zastał na pierwszym stanowisku. Niestety pogoda nie dopisywała i wspinaliśmy się w deszczu ze śniegiem. Szło nam jednak bardzo szybko i po jakiś 4h zaczynaliśmy zjazdy. Wtedy chmury zeszły niżej i podziwialiśmy morze chmur i wystający z niego przekaźnik na Midi.

Midi

Następnym celem okazała się południowa ściana Aiguile du Midi. Najbardziej zachęciło nas podejście, które od naszego namiotu trwało 10min. Wstaliśmy niespiesznie ale od razu zauważyliśmy straszne tłumy na wybranej przez nas drodze. Ze zgrozą obserwowaliśmy jak często po 5 zespołów korzystało z jednego wiszącego stanowiska gdzie później naszej trójce było niewygodnie. W każdym razie wyszliśmy kiedy na ścianie nie było już nikogo, a przynajmniej zespoły były już wysoko. Wspin szedł sprawnie a jakość skały i estetyka kolejnych wyciągów cały czas zaskakiwała. W drugiej połowie złapałem mały zapych i wyciąg planowo czwórkowy urósł do mocnej piątki lub słabej szóstki. W końcu jednak byliśmy pod kopułą szczytowa na którą prowadziła sportowo ubezpieczona piątka. Dokładnie o zachodzie słońca stanęliśmy na szczycie. Czekały nas jeszcze tylko nocne zjazdy linią drogi. Ok 24 jesteśmy przy namiocie.

Arrete des Papillons

Następnego dnia zjechaliśmy kolejką do stacji pośredniej na Plan du Midi i rozbiliśmy się na uroczym jeziorkiem parę minut od kolejki. Grań motyli jest chyba jedną z popularniejszych dróg w rejonie. By uniknąć tłumów znów wychodzimy wcześnie by zacząć się wspinać jeszcze przed pierwszą kolejką wjeżdżającą na Plan. Droga w porównaniu do poprzednich była prosta bo najtrudniejsze wyciągi były piątkowe. Prowadzę pierwszą połowę drogi i oddaję prowadzenie Żakowi, który po 2 wyciągach oddaje szpej Zuzi. Jej trafia się chyba najbardziej psychiczny wyciąg drogi. Biegł on kominkiem. Fakt, że w trakcie wspinania zrobiło się ciepło, Zuzia nie miała przy sobie magnezji i do tego rozwiązał jej się but sprawił, że w powietrze poleciały niepochlebne słowa pod adresem tej drogi, tego kominka i wspinania jako całokształtu a nie wiem czy i reszcie zespołu się nie oberwało. :)

Wszystko skończyło się jednak dobrze i już niedługo zaczynaliśmy zjazdy a potem zejście do stacji kolejki. W barze kupujemy nieprzyzwoicie drogie piwo po czym idziemy do obozu kąpać się w stawie, opalać na kamieniach i ogólnie odpoczywać.

Podsumowanie

Niewątpliwie w tym roku mieliśmy więcej doświadczenia niż w poprzednim. Odbiło się to na jakości i ilości zrobionych dróg. Mimo to przy lepszej organizacji bez problemów dalibyśmy radę zrobić więcej. Dodatkowo zauważyłem, że wspinamy się wciąż zdecydowanie za wolno na dłuższe, górskie drogi. Potrzebne jest też nam więcej doświadczenia we wspinaniu formacjami rysowymi. Mimo to jestem bardzo zadowolony z efektów tego wyjazdu.

Wpis został opublikowany w Góry, Wspinaczka i otagowany , , , , . Zakładka: permalink.