Beskidzka majówka

W końcu długo oczekiwany weekend majowy. Niestety w tym roku nie był on specjalnie długi. Do tego wszelka możliwość przedłużenia go zostały zablokowane przez kolokwia, które wypadły przed i po nim. Dalsza podróż nie wchodziła w grę więc zdecydowałem pojechać w dawno nie odwiedzany przeze mnie Beskid Niski z klubem turystycznym TRAMP z Warszawy.

Dojazd do Grybowa, przesiadka w autobus do Ropicy. Tu mimo wczesnej godziny miejscowi zaczynali „świętować” 1 maja lub jak to oni określili „pakować”. My mimo takiej presji otoczenia zaopatrujemy się w jedzenie i trunki bezalkoholowe. Podróże w te rejony to niemal pewność zetknięcia się z niecodziennymi produktami spożywczymi, których nie znajdzie się nawet na najciemniejszych półkach biedronki. Swojego rodzaju hitem całego wyjazdu była wspomniana w tytule mielonka z indyka o smaku bekonu. Niestety mimo, że nazwa zapowiadała niecodzienne wrażenia smakowe pod wieczkiem znajdowała się najzwyklejsza w świecie mielonka od swojskiej turystycznej różniącej się wyłącznie etykietą. Jaki rejon, taki też i napoje. Niewątpliwym szokiem lingwistycznym była Wysowianka Lemon czyli cytując za etykietą „napój gazowany o smaku lemon”.

Zaopatrzywszy się w takie specjały ruszyliśmy w górę. Grzbiet typowo niskobeskidzki. Dość luźny las bukowy pokryty jak to o tej porze jasnozielonymi liśćmi. Na szczycie atrakcja w postacie rezerwatu Kornuty. Są to rozrzucone po lesie piaskowcowe głazy. Niektóre sięgają koło 10m. Podobno ukryte są tu gdzieś jaskinie(koło 200m korytarzy) ale nie mieliśmy cierpliwości ich szukać. W każdym razie bardzo ciekawe urozmaicenie  w krajobrazie Beskidu Niskiego. Z Kornutów już tylko chwila i jesteśmy w Bartnem. Szlak schodzi do drogi poniżej starej cerkwi przy której oczywiście obowiązkowy postój. Zwiedzanie w końcu to idealny pretekst by dać odsapnąć zastanym po sezonie zimowym mięśniom.

Paręset metrów i kolejna cerkiew, tym razem działająca. Podczas rozmowy z Popem poznajemy historię budynku i problemy z jakimi musi się tu borykać. W rejonach, które są główną inspiracją Stasiuka najważniejsi są ludzie i ich opowieści. Po raz kolejny przekonałem się, że np. historie w „Jadąc do Badabak”, tak urzekające swoją prostotą z dużym prawdopodobieństwem zdarzyły się naprawdę. Na zakończenie zwiedzania cerkiewki  omawianie znaczenia i pochodzenia kolejnych elementów wyposażenia. „Każdy  element  wyposażenia ma swoje przeznaczenie, nic nie jest zbędne” – słyszymy. Pop rozgląda się po nawie i jego wzrok spoczywa na taborecie przykrytym kocem. „O a ten taboret to dla dziewczyny ze złamaną nogą, by miała na czym oprzeć podczas nabożeństwa”.

Trzeba jednak się ruszać bo czas  leci a perspektywa pstrągarni w Świątkowej jest bardzo pociągająca. Idąc w górę wioski z lekkim żalem patrzę na wiele nowych domów, jak grzyby po deszczu, wyrastające wzdłuż drogi. Ale mimo to uważam, że Bartne jeszcze przez wiele lat będzie miejscem kultowym. Podejście na przełęcz zamykającą dolinę Świeżonki pokazuje kolejne oblicze Beskidów. Szukanie najmniej grząskiego wariantu przejścia znacznie nas spowalnia zmuszając do dalekich skoków lub wyszukiwania gałęzi tkwiących w ziemi. O sile beskidzkiego błota najlepiej świadczy fakt, że jeden but został przez nie ściągnięty z nogi pechowego turysty(szczęście w nieszczęściu, że woda nie wlała się do środka). Jeszcze tylko parę kilometrów doliną Świerzonki do Świątkowej. Cała dolina była kiedyś tętniącą życiem wioską. Jak wiele w tym rejonie została wysiedlona w czasie „Akcji Wisła”. Do niektórych takich jak Bartne czy Wołowiec Łemkowie wrócili po paru latach. Inne tak jak Świerzonka miały mniej szczęścia i powoli znikały z powierzchni ziemi. Idąc wzdłuż strumienia staramy się wypatrzyć jakiekolwiek ślady dawnego osiedla. Nie jest to jednak łatwe. Dolina, w której 60 lat temu pastwiska i poletka uprawne sięgały pewnie niemalże grzbietów teraz jest porośnięta gęstym lasem. Najlepiej zachowały się krzyże stojące przy drodze podczas gdy fundamenty domów są już praktycznie niewidoczne. Jak widać przyroda szybko upomina się o to co swoje.

W Świątkowej obowiązkowy pstrąg, jeszcze bardziej obowiązkowe piwo, ognisko, gitara czyli wieczór kompletny. Nieprzespana w pociągu noc daje się jednak we znaki i po północy kolejne osoby idą szukać miejsca w załatwionej wcześniej stodole. Wadą miejscówki jest bez wątpienia sąsiedztwo obory ale rano wszyscy budzą się weseli i wypoczęci.

Motywację do szybkiego wyjścia i długiej trasy rano skutecznie psuje krótki ale intensywny deszczyk. Powstają trzy niezależne trasy ale wszystkie kierują się dość prostą drogą do Nowicy. Ja wybieram tą przez Wołowiec i Popowe wierchy. Do Wołowca dochodzimy bez większych problemów. Gdy odpoczywamy pod cerkwią przychodzi(zapowiadana zresztą) burza. Przeczekujemy i kiedy słabnie idziemy dalej. Morale z kilometra na kilometr maleje. Trasę zmieniamy i w mijanej wiosce załatwiamy drewno w leśnictwie i gotujemy obiad na ognisku. Przychodzi kolejne oberwanie chmury ale tym razem zamiast moczyć nas, myje nam naczynia.

Nowica to super stodoła i co najważniejsze festiwal. Festiwal na kompletnym zadupiu i to do tego niskobeskidzkim zapowiadał się co najmniej niebanalnie. Poszliśmy na koncert , który się nie odbył. Nie poddaliśmy się i poszliśmy w stronę skąd dochodził nas hałas. Tam na terenie tradycyjnego gospodarstwa kręciła się masa ludzi. Część wyglądała jak żywcem wzięta z książek fantasy, część przy dźwiękach bębnów kiwała się w sposób wskazujący na duże spożycie legalnych i mniej legalnych specyfików. Część naszej grupki została a reszta wróciła do ogniska za naszą stodołą a potem zakopała się w sianie i poszła spać.

Ostatni dzień to krótka trasa do Szymbarku i stamtąd autobusem do Grybowa. Na zakończenie parę godzin oczekiwania na pociąg spędzonych w pizzerii i barze „przygotowując” się całonocnego powrotu.

 

Wpis został opublikowany w Trekking i otagowany , , . Zakładka: permalink.