Alpy 2011

 Piz Badile

Pomysł wejścia na tą górę pojawił się u mnie już jakiś czas temu. Rosnąca(może w brew rozsądkowi) pewność swoich umiejętności wspinaczkowych skierowała moją uwagę na drogę Cassina – jeden z alpejskich klasyków. Z planem załojenia tej drogi wyjechaliśmy wieczorem z Wrocławia. Po całej nocy w samochodzie dojechaliśmy do Bondo. Zaparkowaliśmy koło campingu i zaczęliśmy się pakować do wyjścia. Jak się później okazało pakowanie się będąc zmęczonym może powodować błędy odczuwalne później bardzo mocno w nogach. Ruszyliśmy w stronę schroniska Sciora nad którym chcieliśmy się rozbić. Ilość rzeczy trochę nas przytłaczała i przy schronisku byliśmy wykończeni. Po znalezieniu pierwszej platformy na namiot rozbiliśmy się, przygotowaliśmy się do wyjścia następnego dnia i poszliśmy spać.

Przed popełnieniem kolejnego błędu uchroniła nas pogoda. O godzinie 3:00 rozdzwoniły się budziki ale szczęśliwie o namiot uderzały krople deszczu i z ulgą zakopaliśmy się z powrotem w śpiworach i poszliśmy spać. Celem na ten dzień miał być kant północny Piz Badile – rozgrzewka przed Cassinem. Z perspektywy czasu uważam, że napieranie na tak długą(mimo, że łatwą) drogę będąc wciąż zmęczonym po przyjeździe i podejściu nie byłoby dobrym pomysłem. Rano zorientowaliśmy się w pierwszym popełnionym przez nas błędzie – pakując się przy samochodzie nie dopracowaliśmy kwestii jedzenia i mieliśmy wszystkiego po prostu za mało. Żaku zadeklarował się, że zejdzie do samochodu po brakujące jedzenie, ja z Zuzią natomiast przenieśliśmy część rzeczy wyżej gdzie wieczorem mieliśmy przenieść obóz. Wieczorem przy schronisku spotykamy Polaków, którzy właśnie po 2 dniach akcji wrócili z… filara północnego Piz Badile. Okazało się, że zmuszeni byli do zejścia na włoską stronę a cały następny dzień wracali szlakami dookoła. Po przetrawieniu informacji od rodaków stwierdziliśmy, że takie coś i tak nas nie dotyczy bo wspinamy się szybko, sprawnie i w ogóle jesteśmy super. Coś nas jednak skłoniło by wziąć w ścianę raki które podobno przydają się przy powrocie szlakami ze strony włoskiej.

Start w drogę nie wyszedł idealnie. Zaczęliśmy asekurując się na sztywno przez co 2 inne zespoły idące tego dnia na filar szybko nas minęły. W związku z czym przeszliśmy na asekurację lotną spotykając się na stanowiskach tylko co jakiś czas w celu wymiany sprzętu. Pogoda dopisywała. Jednak w okolicach kopuły szczytowej weszliśmy w chmury. Na popołudnie zapowiedziane były przelotne deszcze więc wcale nas to nie zdziwiło. Pokonałem praktycznie wszystkie wyciągi do końca filara i wg. przewodnika zostało już tylko „łatwo do szczytu”. Jako, że byłem już dość zmęczony prowadzenie oddałem Zuzi. Jakieś 2-3 wyciągi dalej(które wcale nie były bez trudności jak sugerował opis) zaczęło się. Przelotny opad deszczu okazał się być całkiem sporą burzą z piorunami. Sprzęt zaczął iskrzyć, góra wydawać odgłos jak transformator a Zuzi włosy podniosły się do góry po czym przykleiły do zewnętrznej strony kasku. Wbiegliśmy na szczyt i zaczęliśmy zbiegać na stronę włoską. Szybko skończył się łatwy teren i zacząłem zakładać zjazd. W chwili gdy miałem wpinać się w linę i zjeżdżać w szczyt uderzyły trzy pioruny. Zniechęciło nas to do zjazdów i burzę przeczekiwaliśmy siedząc w kucki na plecakach całe żelastwo złożywszy wcześniej na jedną kupkę dość daleko od nas. Burza przeszła, nam zostało jednak sporo zjazdów i zejście do włoskiego schroniska a dnia nie zostało dużo.

Pierwsze zjazdy orientacyjnie były łatwe. Dotarliśmy do zachodu na którego końcu miał być jakiś krzyż z którego ostatnie 2 zjazdy prowadziły do podstawy ściany. I tu pojawił się problem. Zapadł zmrok, krzyża nie było a my biegaliśmy w terenie lekko wspinaczkowym w jego poszukiwaniu. Znalazłem starą pętlę, założyłem zjazd i powiedziałem, że jadę do końca liny i jak nie znajdę krzyża to wracam i kiblujemy do rana bo to robi się powoli niebezpieczne. Dojechałem do węzła na końcu liny nie minąwszy nic co przypominałoby jakikolwiek krzyż. Sięgnąłem po radio by oznajmić złą nowinę Żakowi i Zuzi i wtedy 2 metry pode mną, na dużej półce skalnej stał spory, żeliwny krzyż. Znalazłem oparcie, wypiąłem się z liny i zewspinałem do niego. Byliśmy w domu! Był to jednak jak zwykle przedwczesny optymizm. Zaklinowanie się liny przy zjeździe z tego krzyża opóźniło nas o kolejną godzinę. Mimo to niedługo potem rozbieraliśmy się ze sprzętu. Światło schroniska było niedaleko. Tzn. wydawało się niedaleko ale zejście dłużyło się w nieskończoność. Doszliśmy do niego 23h po wyjściu z namiotu. Położyliśmy się na ławkach w zimnej jadalni i trzęsąc się z zimna doczekaliśmy do rana kiedy kierownik kazał nam zrobić miejsce dla wstających powoli gości.

Zrzuciliśmy się na jeden zestaw śniadaniowy dla całej trójki i niechętnie poczłapaliśmy w kierunku pierwszej czekającej nas przełęczy. Pogoda dopisywała ale zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Na zejściu z przełęczy rzeczywiście przydały się niesione cały poprzedni dzień raki. Nie uchroniło nas to jednak od dodatkowych przygód. Na łagodniejszym, już miękkim śniegu zbiegaliśmy bez raków. I wtedy Żaku poślizgnął się i z dużą prędkością pojechał aż na piarg na dnie doliny. Wielkie szczęście, że nic mu się nie stało. Reszta powrotu minęła już spokojnie. W namiocie byliśmy 43h po jego opuszczeniu. Zjedliśmy ogromny obiad i poszliśmy spać. Mógłby to być koniec opowieści ale nie był. Około 6 rano Żaku obudził mnie słowami „w namiocie jest woda”. Okazało się, że w nocy zaczęło padać a nasz piękna platforemka jest okresowym jeziorkiem i po wyjściu z namiotu stanąłem po kostki w wodzie. Wszystko mieliśmy mokre. Z kwaśnymi minami spakowaliśmy się i zeszliśmy do Bondo.

Barre des Encris

Tu okazało się, że zła pogoda ma być tu jeszcze dość długo, i że jedyna szansa na słońce jest w masywie Encris na południu Francji. Stwierdziliśmy, że brzmi to bardzo dobrze i od razu pojechaliśmy 600km na południe. W Ailefroide zaczęliśmy od przyjemnej wspinaczki skałkowej. Widząc dobre prognozy na nadchodzące dni zarezerwowaliśmy miejsca w schronisku by następnego dnia uderzyć na najwyższy szczyt masywu – Barre des Encris(4100m n.p.m.). Podejście do schroniska bez rzeczy biwakowych był samą przyjemnością. Na miejscu jesteśmy dość wcześnie i długo odpoczywamy siedząc na dachu schroniska i patrząc na cel następnego dnia.

Pobudka o 3:30. W schronisku poruszenie a co gorsza większość ludzi idzie tam gdzie my. Na lodowcu staram się wyprzedzać jak najwięcej zespołów się da. Za sobą słyszę niezadowolone pomrukiwania Zuzi i Żaka. O świcie jesteśmy już prawie na czele stawki i prawie pod kopułą szczytową. Grań szczytowa jest czymś przepięknym. Łatwy(PD+) śnieżo-skalny teren którym szliśmy szybko z asekuracją lotną. Na szczycie mijamy się z zespołem, który już schodzi na dół. Radość na wierzchołku jest zawsze. Super pogoda, ciepło, dobry czas dopełniają szczęście. Podczas zejścia jednak grań się korkuje. Do góry próbowało iść parę zespołów asekurujących się na sztywno na 10-15m linie!! Zdecydowali się zawrócić ze względu na seraki czekające w dolnej części lodowca ale zejście też nie szło im szybko. Po długim czekaniu w końcu doszliśmy do progu z którego zjechaliśmy na przełęcz między Barre desn Encris a Dome des Encris. W ten sposób na szczycie byliśmy 2 zespołem tego dnia a zejście zaczynaliśmy jako ostatni. Po stresującym przejściu pod serakami już tylko zejście do Ailefroide.

Ostatnie dni wyjazdu spędzam wspinając się z Zuzią na wielowyciągowych drogach nad campingiem. Robimy dwie piękne linie w ciepłej, litej skale i spędzamy jeszcze jeden dzień na wspinaczce sportowej. Sama radość.

Podsumowanie

Był to mój pierwszy samodzielny sezon w Alpach. Trzeba było rozwiązywać problemy podczas wspinaczki, szukać pogody, zdobywać informacje na temat charakteru dróg. Piz Badile dało nam świetną lekcję pokory(która była nam chyba bardzo potrzebna). Z kolei w Ailefroide dobór celów był już o wiele bardziej wyważony a stabilna pogoda sprawiła, że czas tam spędzony był czystą przyjemnością. Tuż po tym wyjeździe z Zuzią jechałem do Hiszpanii na wspin sportowy gdzie miało być jeszcze milej.

Wpis został opublikowany w Góry, Podróże, Wspinaczka i otagowany , , , , , , . Zakładka: permalink.